"Edukacja jest rozwiązaniem dla wszystkich problemów."

waw

Jakie korzyści może przynieść studiowanie?

Po pierwsze, jest to narzucenie sobie na kilka lat dość intensywnego tempa rozwoju – zdobywania wiedzy i umiejętności.

Po drugie masz szansę na porządne zgłębienie jakiejś dziedziny (widzisz dzięki temu, że nie wszystko jest bardzo proste i wiesz, ile wysiłku trzeba, by naprawdę stać się w czymś dobrym).

Musisz tworzyć wysokiej jakości prace zaliczeniowe, pracować w grupach, pisać testy i egzaminy – ktoś lepiej od Ciebie znający temat to ocenia, pokazuje Ci słabe i czasem mocne strony. Dzięki temu korygujesz błędy i się rozwijasz. Dostajesz ciągle wiadomości zwrotne na temat Twojej pracy, w postaci ocen. Tworzy się w Tobie poczucie, że to, co dostarczasz innym, powinno być wysokiej jakości, a szczegóły mają znaczenie.

Spotykasz niesamowitych ludzi. Profesorów (niektórzy z nich są naprawdę imponujący), podobnych do Ciebie kolegów i koleżanki, którzy mogą zostać Twoimi przyjaciółmi na całe życie.

Obracasz się w środowisku, w którym ktoś od Ciebie wymaga kultury osobistej i ciągłych postępów. Następuje tak zwane nabieranie ogłady, czyli zdobywanie umiejętności przebywania w środowisku innym niż to, z jakim miałeś lub miałaś do czynienia np. na Twoim podwórku, w Twojej wsi czy w Twojej rodzinie.

Osoby po studiach znają zwykle więcej słów, przez co są w stanie lepiej wyrazić to, co myślą i bardziej dogłębnie rozumieć otaczających ich świat, a co za tym idzie skuteczniej go kontrolować.

Wiesz, że nic nie wiesz, bo widzisz jak niezwykle bogata jest wiedza ludzka nawet na temat jednej dziedziny. Wiesz też, że jeszcze wiele rzeczy jest nieodkrytych i niezbadanych.

Żyjesz dłużej niż osoby, które nie studiowały, łatwiej Ci znaleźć pracę i jeśli brać pod uwagę średnie, to osoby po studiach zarabiają więcej niż te bez studiów.

Nabywasz umiejętność uczenia się, krytycznego myślenia, doceniania złożoności różnych problemów. Stajesz się więc bardziej myślącą, tolerancyjną osobą, która potrafi oceniać wiarygodność źródeł informacji, widzieć logikę lub jej brak, wie jak szukać w wynikach badań naukowych, jakie są plusy i minusy różnych metodologii badawczych.

Nie tak łatwo Cię oszukać, namówić na jakieś wariactwo, nie masz bezkrytycznego stosunku do autorytetów, kultury, religii czy tradycji. Potrafisz widzieć plusy i minusy jednocześnie, całą skalę szarości – rzeczy nie są czarno-białe ani proste, jak się to wydaje niektórym ludziom bez edukacji.

Masz poczucie własnej wartości wspomagane osiągnięciem skończenia studiów, co zmniejsza Twoje parcie na pokazywanie świecidełek typu drogi samochód czy zegarek, by zaimponować innym czy poczuć się ważnym. Poza światem materii wiesz, że jest jeszcze świat idei, że samo lepsze rozumienie świata ma wielką wartość i siłę.

Zmniejsza się Twoja podatność na teorie spiskowe, populistyczne idee polityczne, proste recepty na rozwiązanie wszystkich problemów, magiczne pigułki, czary, wróżby, horoskopy, popularne mity, nie przyjmujesz dowolnych “rewelacji” za pewnik, tylko dlatego, że napisał o tym „Fakt” lub powiedział to jakiś biskup. Starasz się zrozumieć przyczyny i złożoność różnych zjawisk, bo samo zakrzyknięcie “to wina rządu”, “to wina pracodawców” czy “to na pewno spisek” jest dla Ciebie zbyt leniwą intelektualnie postawą i wypaczeniem rzeczywistości.

Zamiast czytać „Fakt” i „SuperExpress” sięgasz po „Politykę” czy „The Economist”, a może nawet „Harvard Business Review”, bo chcesz zrozumieć przyczyny zjawisk, a nie tylko karmić się tanią sensacją robioną najczęściej z niczego.

Ludzie, którzy studiowali chętniej będą z Tobą spędzać czas, jeśli też masz skończone studia. Występuje tu zjawisko trzymania się swojej grupy, swojego środowiska.

Z drugiej strony możesz mieć mniej pewności siebie i nie działać zbyt odważnie w biznesie, bo widzisz potencjalne zagrożenia i boisz się porażki (porażka nie miała dobrego smaku na studiach). Dzięki większej ostrożności możesz uniknąć spektakularnych porażek i jednocześnie spektakularnych sukcesów.

Czy studia gwarantują pracę? Nie. Czy można bez studiów mieć wielki sukces w biznesie? Tak. Czy warto iść na studia? Tak. Na dopasowane do Ciebie studia, na dobrej uczelni.

Najlepiej, jeśli są to studia dzienne na jak najlepszej uczelni (na jaką chcą Cię przyjąć) i w miarę możliwości za granicą (to zwielokrotni korzyści ze studiowania). Najgorszym wariantem, który niestety nie gwarantuje osiągnięcia opisanych tu korzyści są studia zaoczne, na kiepskiej uczelni, której chodzi tylko o sprzedanie Ci dyplomu – to może być prawdziwa strata czasu i pieniędzy.

Dobre studia dają lepsze wyniki finansowe na całe życie, a przede wszystkim lepiej rozwijają nas jako ludzi i pozwalają osiągnąć nowy poziom dojrzałości, umiejętności, a także zrozumienia siebie i świata. Stanowią też fantastyczną przygodę, którą z nostalgią wspomina się do końca życia.

waw

Dużo czasu poświęca się w Polsce na dyskusję, czy VAT powinien wynosić 22% czy 23%, jaka powinna być wysokość podatku dochodowego itd. Przedstawiane są wręcz opinie, że wystarczy zmienić poziom podatków i od razu zapanuje wieczna szczęśliwość. Czy na pewno?

Okazuje się, że poziom podatkowych stawek nijak się ma do tego, czy jest w danym państwie dobrobyt lub czy ludzie są skłonni płacić podatki. Prosty przykład – mamy Szwecję z wysokimi podatkami (które Szwedzi chętnie i dumnie płacą) i Rosję – ma ona niskie stawki podatkowe, a społeczeństwo robi wszystko, by ich nie płacić (ukrywa dochody, przekupuje urzędników skarbowych itd.).

Kluczem do dobrobytu nie jest więc poziom obciążeń podatkowych (w Polsce mamy bardzo przeciętny, w granicach średniej krajów OECD), ale kultura kraju, uczciwość żyjących w nim ludzi i suma wszystkich ich codziennych decyzji i działań.

Oto trzy kroki, których zastosowanie mogłoby natychmiast spowodować, że nie będzie deficytów budżetowych, będzie więcej pieniędzy na edukację, służbę zdrowia i inne ważne wspólne cele. I to bez konieczności dokonywania jakichkolwiek zmian w systemie, podatkach itd.

1. Bądź uczciwy

Wartość polskiej szarej strefy jest szacowana na 25% PKB. O ile w każdym kraju istnieje jakaś szara strefa i nie nawołuję, by całkowicie się jej pozbyć, można by ją jednak znacznie ograniczyć, gdyby ludzie, którzy i tak wiele zarabiają, po prostu płacili od tego uczciwie podatki. Nie chodzi o jakąś biedną emerytkę, która nazbierała grzybów i sprzedała je przy drodze na kwotę 300 zł w ciągu roku, ale np. właścicieli busów, które nieraz jeżdżą pełne, a większość pasażerów przewożą na czarno…

Istnieją całe branże, w których króluje szara strefa – choćby budownictwo czy opieka nad dziećmi/osobami starszymi. Istnieją dentyści, którzy przyjmują pacjenta prywatnie, biorą od niego pieniądze, a potem jeszcze raz za to samo otrzymują je od NFZ, bo informują go, że wizyta była na Fundusz. Tego typu przekręty, szczególnie jeśli są robione przez ludzi, których stać na zapłacenie podatku, prowadzą do powstawania niesprawiedliwych nierówności społecznych. Jednostki bogacą się kosztem społeczeństwa.

Choć Polska ma najniższy wskaźnik korupcji w naszym regionie (wg Transparency International), również korupcja i nepotyzm psują państwo i powodują, że tracimy na tym wszyscy.

Polacy masowo wyłudzają od państwa nienależne im pieniądze (stosując lewe faktury VAT, idąc na chorobowe kiedy są zdrowi itd.). Problemem są też alkohol i papierosy pochodzące z przemytu lub innych nielegalnych źródeł.

Gdyby przynajmniej część tego kombinowania zastąpiła uczciwa postawa – sytuacja państwa znacznie by się poprawiła.

2. Bądź ostrożny

Koszt przeciętnego wypadku drogowego eksperci szacują na ok. 1 mln zł. Dlaczego tak dużo? Jeśli np. w wypadku ginie 35-letni człowiek zarabiający średnią krajową, to kosztem dla gospodarki jest również suma jego pensji, które zarobiłby do końca życia, gdyby tego wypadku nie było. Gdyby ludzie nie prowadzili po alkoholu, gdyby zawsze dostosowywali prędkość do warunków jazdy i nie wykonywali niepotrzebnie niebezpiecznych manewrów, może udałoby się zmniejszyć liczbę wypadków o np. 10 tys. rocznie. To zaoszczędziłoby ok. 10 mld złotych, a także wiele traum i cierpienia.

Nasze zdrowie zależy w dużej mierze od stylu życia – gdyby ludzie zwracali większą uwagę na zdrowe odżywianie i zapewnienie sobie odpowiedniej dawki ruchu – nie musielibyśmy płacić za leczenie wielu chorób spowodowanych zaniedbaniami w stylu życia. Gdyby więcej osób rzuciło palenie i przestało nadużywać alkoholu – mielibyśmy kolejne zaoszczędzone miliardy w służbie zdrowia.

Gdyby ludzie bardziej ostrożnie i świadomie podchodzili do inwestowania swoich pieniędzy, większość klientów Amber Gold nie wpłaciłaby tam swoich oszczędności widząc, że nieznana wcześniej firma proponuje podejrzanie wysokie oprocentowanie i że są ostrzeżenia Komisji Nadzoru Finansowego o tej firmie.

Gdyby ludzie głosowali w oparciu o fakty i dogłębne zrozumienie gospodarki i polityki, nie ulegaliby łatwo populistom i demagogom obiecującym „proste” sposoby na rozwiązanie skomplikowanych problemów, z którymi nie poradziły sobie dotąd nawet najbogatsze państwa świata.

Gdyby byli ostrożni i uważni – wielu nie padłoby np. ofiarami kieszonkowców. Wiele problemów można uniknąć np. nie zapuszczając się do niebezpiecznych miejsc, szczególnie po zmroku. Zdrowy rozsądek i przezorność to również narzędzia poprawy jakości życia, które mogą pomóc całemu społeczeństwu.

3. Bądź odpowiedzialny za siebie i innych

Niestety z powodów historycznych mamy w społeczeństwie wiele postaw roszczeniowych. Przeciwieństwem tych postaw jest bycie proaktywnym – przejęcie odpowiedzialności za własny dobrobyt i zrobienie tego, co się da, z tym co się ma, by poprawić sytuację.

Aby dobrze zarabiać nie trzeba być doktorem mikrobiologii ani programistą w Google – trzeba po prostu być dobrym w czymś, co się lubi robić i za co rynek jest skłonny przyzwoicie zapłacić. W wielu miejscach (np. wiosce, w której jest 30 domów) nie ma pracy i nie będzie, dlatego odpowiedzialna osoba zrobi wszystko, by przenieść się w miejsce, w którym nie ma problemu, by znaleźć sobie zajęcie i źródło utrzymania. Jesteśmy odpowiedzialni za to, ile zarabiamy, a kluczem do zarabiania więcej jest zwykle zdobycie nowych umiejętności lub przeprowadzenie się np. ze wsi do miasta czy nawet za granicę.

Odpowiedzialność za środowisko, w którym żyjemy i za innych ludzi, to np. bycie uprzejmym wobec osób, których spotykasz każdego dnia. Dzięki temu, wszystkim wokół też żyje się lepiej.

Jeśli masz umówioną wizytę u specjalisty (na NFZ) i nie zamierzasz się na niej pojawić – zadzwoń, że odwołujesz, a dadzą to miejsce komuś innemu, kto go faktycznie potrzebuje (okazuje się, że nawet 50% pacjentów nie przychodzi na umówione wizyty). Jeśli chcesz tylko z kimś porozmawiać – idź do sąsiadki, a nie do lekarza pierwszego kontaktu, bo okazuje się, że wiele starszych osób przychodzi do gabinetów nie mając konkretnej potrzeby, po prostu by porozmawiać, co blokuje dostęp do pomocy tym, którzy są faktycznie chorzy.

To od nas zależy, czy zrobimy i zostawimy bałagan korzystając z toalety w pociągu czy w restauracji, czy będziemy zaśmiecać tramwaje, pisać na murach itd.

Im bardziej będziemy się czuli odpowiedzialni za siebie, swoje otoczenie i kraj jako całość – tym lepszy będzie ten kraj i to bez konieczności czekania na jakiekolwiek zmiany w systemie państwa.

Podsumowanie

Łatwo jest pozbywać się odpowiedzialności za sytuację w swoim otoczeniu i zrzucać ją na innych (polityków, pracodawców itd.).

Jednakże, w największym stopniu bogactwo Polski zależy dziś od codziennych decyzji i czynów milionów Polaków. Jeśli będą uczciwe, rozważne i odpowiedzialnie, to siłą rzeczy będzie lepiej.

zl

W tradycyjnych mediach i w internecie trwa niezdrowe podniecenie sytuacją ZUS-u, OFE i ogólnie całego systemu emerytalnego. W oparciu o kłamstwa i manipulacje, niepotrzebnie buduje się narodową histerię. Działa to szczególnie na ludzi nie mających odpowiednich narzędzi i wiedzy, by zrozumieć dość złożoną sytuację systemu emerytalnego.

Zobaczmy więc, jak jest naprawdę:

 

Kłamstwo 1: Emerytura mężczyzny będzie trwać 5 lat

 

Twierdzący tak ludzie posługują się prostym, ale błędnym wyliczeniem. Od średniej długości życia mężczyzny (lekko ponad 72 lata) odejmują wiek emerytalny (67 lat) i wychodzi im, że mężczyzna będzie żył tylko 5 lat na emeryturze.

Na czym polega błąd?

Otóż nie można do tego wyliczenia stosować średniej długości życia, dlatego, że obejmuje ona także tych, którzy zmarli np. kiedy mieli 10 dni, 4 lata, 15 lat, 33 lata itd.

Odpowiednią średnią do tego wyliczenia jest przewidywalna długość życia mężczyzny, który dożył 67 lat, czyli 14,8 lat (dla kobiet jest to 19,2). Więcej na ten temat można przeczytać tutaj.

Jest to wciąż średnia – można się ponad nią wybić choćby świadomie dbając o swoje zdrowie i kondycję fizyczną. Według Światowej Organizacji Zdrowia, nasza długość życia w ok. 50% zależy od stylu życia (ilości stresu, jakości diety, ćwiczeń fizycznych itd.).

Co więcej, żyjemy średnio coraz dłużej. Jak wynika z danych GUS, w ostatnich 20 latach średnia długość życia polskich mężczyzn wydłużyła się o 6 lat, a kobiet o 5,5 roku.

 

Kłamstwo 2: Otrzymasz na emeryturze świadczenie w wysokości 42% Twojej dzisiejszej pensji

 

Po pierwsze, chodzi o ostatnią pensję przed emeryturą, a nie pensję dzisiejszą, a po drugie dotyczy to tylko osób, które teraz zaczynają pracę (starsi będą mieli zwykle ponad 50% ostatniego wynagrodzenia).

Dla przykładu: dzisiejsze średnie wynagrodzenie wynoszące ok. 2,6 tys. zł netto, w roku 2052 osiągnie poziom ok. 8,0 tys. zł netto (uwzględniając inflację). Gospodarka się rozwija, wynagrodzenia z czasem rosną, gonimy Zachód i dlatego emerytura takiej osoby wyniesie nie 42% jej dzisiejszej pensji, tylko ok. 3405 zł. (źródło)

Dzięki podniesieniu wieku emerytalnego do 67 roku życia i zrównaniu tego progu dla mężczyzn i kobiet, emerytury ogółem będą wyższe średnio o 45 proc., natomiast emerytury kobiet będą wyższe o 70%.

Średnia długość życia ciągle rośnie, musimy więc i dłużej pracować, by zarobić na ciągle dłuższe życie na emeryturze.

ZUS wprowadził pewne zamieszanie wysyłając listy do ubezpieczonych i mówiąc im, ile emerytury mieliby, gdyby już od teraz nie pracowali do końca życia (dla większości oczywiście byłoby to śmiesznie mało) i ile otrzymaliby gdyby przez wszystkie pozostałe lata do wieku emerytalnego odprowadzali taką składkę jak dziś (co też jest zaniżonym założeniem, bo wynagrodzenia rosną z czasem, można dostawać więcej pieniędzy ze względu na coraz większe doświadczenie zawodowe, awans, zmianę pracy na lepszą itd).

 

Kłamstwo 3: ZUS wypłaca sobie miliardowe nagrody

 

Nie tak dawno SuperExpress donosił:

„ZUS wydał 1 278 249 000 złotych na nagrody! NIEWIARYGODNE!”

A teraz przyjrzyjmy się faktom, które powodują, że „niewiarygodne” staje się zupełnie normalną sprawą:

– tak kwota to suma nagród, które dostało 47 TYSIĘCY urzędników na przestrzeni 6 LAT. Wychodzi 377 zł miesięcznie na pracownika – to już trochę mniej szokująca kwota, prawda?

– wypłaty emerytur to największe zadanie państwa, pochłaniają największą cześć budżetu

– większość pracowników ZUS to ludzie z wyższym wykształceniem, a tacy po prostu zarabiają więcej. Są oni odpowiedzialni za miliardy złotych, miliony emerytów i płatników składek, obsługują skomplikowane systemy informatyczne, są wśród nich informatycy, prawnicy, analitycy itd.

– ZUS musi konkurować o pracowników z sektorem prywatnym. Gdyby pensje, które oferuje (z nagrodami licząc) były dużo niższe niż średnia krajowa, ZUS nie mógłby znaleźć kompetentnych kandydatów do obsadzenia potrzebnych mu stanowisk.

– ZUS jest ogromnym pracodawcą (ponad 47 tys. pracowników) i ma wynegocjowany wiele lat temu układ zbiorowy pracy z tymi pracownikami, który reguluje między innymi kwestię tych nagród. Tak więc nie jest to widzimisię dzisiejszego prezesa ZUS, który przez wrodzoną złośliwość postanowił przyznać sobie nagrody.

Tabloidy lubią podniecać się nagrodami (i stworzą sobie odpowiednio szokującą liczbę, choćby miały dodać nagrody wypłacone 47 tys. pracowników na przestrzeni 6 lat). W innych krajach też są nagrody i różne przywileje dla pracowników, a zarobki w administracji nie odbiegają zwykle od zarobków w sektorze prywatnym (tak jest też w Polsce – średnie wynagrodzenie w ZUS jest w okolicach średniej krajowej).

 

Kłamstwo 4: Polski system emerytalny jest gorszy niż systemy w innych krajach

 

Wbrew narzekaniom, okazuje się, że polski emeryt ma większą siłę nabywczą niż …brytyjski. Przy założeniu, że oboje polegają tylko na państwowej emeryturze.

Średnia państwowa emerytura w Polsce to ok. 1900 zł, podczas gdy w Wielkiej Brytanii to 110,15 funtów tygodniowo. Biorąc pod uwagę fakt, że wg danych OECD ceny w Wielkiej Brytanii są o 81% wyższe niż w Polsce – gdyby brytyjski emeryt polegał tylko na państwowej emeryturze mógłby za nią kupić mniej niż polski.

Z tego względu emeryci w wielu krajach Zachodu oszczędzają samodzielnie w prywatnych funduszach emerytalnych. Często pomagają im w tym pracodawcy np. dorzucając drugie tyle do każdej wpłaty na prywatny fundusz emerytalny. Państwo gwarantuje tylko minimum pozwalające nie umrzeć z głodu. Podobnie jest też w Kanadzie czy Nowej Zelandii.

Podobny do polskiego system emerytalny ma Słowacja. Ona także w 2012 roku przeprowadziła reformę marginalizującą OFE, bo powodowały one lawinowe narastanie długu publicznego. Wzorcem dla polskiego systemu emerytalnego z 1999 roku było Chile, w którym wprowadzono w pełni rynkowy system emerytalny i musiano się z niego w rezultacie wycofać, bo wielu ludzi wypracowało w ten sposób emerytury bliskie zeru.

Polska jest w o tyle gorszej sytuacji od krajów, które nie miały komunizmu, że składki emerytalne dzisiejszych emerytów zniknęły w nieefektywnym systemie gospodarki centralnie planowanej. Nie było giełdy, by je inwestować i gospodarki rynkowej, by miały jakaś realna wartość. Swoją drogą, jeśli pensja wynosiła 20 dolarów, to ile można było z tego faktycznie odłożyć, by mogło to utrzymać dzisiaj emeryta?

Z tego powodu mamy system, w którym musimy się zatroszczyć o wszystkich, którzy płacili składki, ale jednocześnie nie mamy pieniędzy z tych składek, w związku z tym płacący dziś ZUS zapewniają wypłatę emerytury swoim rodzicom lub dziadkom. Taki system mógłby funkcjonować całkiem dobrze, gdyby nie nadchodzące problemy demograficzne i ciągle zwiększająca się długość życia, a co za tym idzie – okresu pobierania emerytur.

 

Kłamstwo 5: ZUS jest bankrutem

 

Dopóki trwa państwo, dopóty będą emerytury. ZUS jest systemem redystrybucyjnym i jest dodatkowo gwarantowany przez skarb państwa, więc ryzyko jego bankructwa jest równe ryzyku bankructwa państwa, a to jest niezmiernie niskie. Więcej na ten temat:

Prezes Derdziuk uspokaja: ZUS nie zbankrutuje

Demografia stanowi coraz większe wyzwanie, ale istnieją też możliwości poradzenia sobie z sytuacją. Oto kilka przykładowych zmian, które mogą nas czekać, w zależności od tego, jak będzie się dalej rozwijać sytuacja:

– obniżenie najwyższych świadczeń i przywilejów emerytalnych, zmniejszenie różnic między najbogatszymi i najbiedniejszymi emerytami – zaczęły się już działania w tym kierunku.

– podniesienie wieku emerytalnego bez podnoszenia świadczeń (ostatnio podnieśliśmy wiek emerytalny, ale również i wysokość emerytur, które dzięki temu będą o 45% wyższe)

– przyjęcie młodych imigrantów ze Wschodu, by płacili ZUS na obecnych emerytów – takie rozwiązanie stosuje wiele krajów Zachodu. Pozwala to zapełnić lukę powodowaną przez niż demograficzny.

– lepsza polityka rodzinna może trochę zwiększyć liczbę urodzeń, choć trudno spodziewać się cudów, biorąc pod uwagę doświadczenia Niemiec, Ukrainy czy Rosji w tym zakresie.

– prawne zobowiązanie dzieci do opieki nad starszymi rodzicami – takie rozwiązanie wprowadziły ostatnio Chiny.

– odwrócona hipoteka, czyli możliwość otrzymania wypłat np. w wysokości kilkuset zł miesięcznie do końca życia w zamian za nieruchomość.

– ograniczenie dziedziczenia świadczeń emerytalnych z ZUS-u.

– powrót części emigrantów do Polski – za np. 10 lat Warszawa, Wrocław czy Trójmiasto mogą być atrakcyjnymi miejscami do życia dla znających języki, mających zagraniczne wykształcenie i doświadczenie, posiadających oszczędności umożliwiające zakup mieszkania czy zaczęcie biznesu, wymoczonych emigrantów wracających z Anglii, czy wymrożonych Polaków, którzy pracowali dotąd w Norwegii.

– część emigrantów sprowadzi się do Polski na stare lata, by za zagraniczne emerytury być w stanie dobrze żyć w tańszej Polsce. To będzie bardzo korzystne dla naszej gospodarki, bo będą wydawać pieniądze nie zabierając nikomu miejsca pracy i nie obciążając ZUS-u.

 

Kłamstwo 6: Rząd „ukradł” pieniądze z OFE

 

Państwo umarza obligacje zgromadzone w OFE i zamienia je na zapisy na subkontach w ZUS.

Dla emerytów nie stanowi to praktycznie różnicy.

Kto gwarantował obligacje?

Państwo.

Kto gwarantuje zapisy na subkontach w ZUS, na które te obligacje zamieniono?

To samo państwo.

Istnieje natomiast prawdopodobieństwo, że przez ten zabieg emerytury będą …wyższe, bo będą bardziej uzależnione w przyszłości od decyzji polityków, a dużą część wyborców w starzejącym się społeczeństwie będą stanowili emeryci. Mówił o tym Mateusz Szczurek, zanim jeszcze został ministrem finansów (zobacz wywiad).

Częściowa likwidacja OFE nic nie zmieniła dla emerytów, bo państwo przejęło zobowiązania OFE, ale poprawiła kondycje finansów publicznych i oddaliła ryzyko bankructwa państwa (co nie byłoby korzystne dla nikogo, a szczególnie emerytów). Dzięki temu zabiegowi znacznie spadnie dług publiczny i jego relacja do PKB, a także przestanie on tak lawinowo narastać w przyszłości.

Jest tak dlatego, że pożyczaliśmy na procent pieniądze już dziś, żeby odkładać je w OFE na zobowiązania, które wystąpią za np. 20 lat. Robienie takiego sztucznego długu publicznego prowadziłoby do bankructwa (szczegóły).

Polska jako jedyny kraj ma konstytucyjnie określony limit zadłużania państwa. To powodowało, że bez tej reformy musielibyśmy niebawem dokonać szeregu drastycznych cięć, które mogłyby wywołać kryzys gospodarczy, ograniczyć możliwości tworzenia wzrostu gospodarczego itd.

Dzięki tej reformie, OFE w końcu będą opcją, którą można wybrać, a nie przymusem. Nasze prawo będzie wreszcie takie, jak we wszystkich cywilizowanych krajach.

Pozytywnie oceniają reformę niezależni ekonomiści, z wyłączeniem tych, którzy byli twórcami OFE lub aktualnie czerpią z OFE korzyści np. w formie dotacji dla ich fundacji. Konieczność reformy czy też dania obywatelom wyboru w sprawie OFE podkreślało między innymi PO, PiS i SLD.

Na razie sytuacja systemu emerytalnego jest dość dobra, natomiast wiele będzie zależało od przyszłych rządów, przyszłego wzrostu gospodarczego i dalszego rozwoju sytuacji. Przyszłość jest zawsze w jakimś stopniu niewiadomą.

 

Podsumowanie

 

To wszystko nie znaczy, że jest świetnie i należy polegać tylko na państwie – najlepiej zadbać o siebie mając własne inwestycje (jak robią też emeryci na Zachodzie), natomiast jest znacznie lepiej niż się to większości wydaje.

Państwo zapewni podstawową emeryturę, a czy chcemy odkładać więcej we własnym zakresie zdecydujemy już sami. Dziś emeryci są drugą najlepiej sytuowaną grupą społeczną (po przedsiębiorcach), a średnia emerytura to ponad 1900 zł.

Oto oficjalna strona internetowa umożliwiająca szacowanie wysokości emerytury (uwzględniając prognozy wzrostu wynagrodzeń i inflacji).

Wylicz swoją szacunkowa emeryturę:
http://emerytura.gov.pl/oblicz-swoja-emeryture.php

ceo

Któż nie chciałby zarabiać setek tysięcy złotych lub nawet milionów rocznie? Przyjrzyjmy się z bliska temu, jak naprawdę wygląda praca prezesów kilkuset największych firm prywatnych w Polsce.

Przeciętny człowiek nie ma zielonego pojęcia, na czym naprawdę polega praca prezesa. Bo i skąd?

Zacznijmy od tego, w jakiej sytuacji jest prezes.

Różne grupy ludzi w jakiś sposób związanych z firmą mają jakieś oczekiwania wobec tej firmy. Inwestorzy będą chcieli zysków i wzrostu wartości firmy, klienci – świetnych produktów za rozsądną cenę, pracownicy – przyjaznego miejsca pracy, które umożliwia im rozwój i dobre zarobki, rząd – podatków i przestrzegania prawa, dostawcy – zapłaty na czas itd.

 

Zadaniem prezesa jest zaspokojenie oczekiwań wymienionych powyżej grup.

 

Krótko mówiąc: ma on zadowolić wszystkich.

Istnieje pewien słynny cytat na ten temat:

 

„Nie wiem, co jest kluczem do sukcesu, ale kluczem do klęski jest chcieć zadowolić wszystkich.” – Bill Cosby

 

Widzimy więc, że już na starcie nie ma łatwo.

Na czym więc faktycznie polega codzienna praca prezesa?

Na oddychaniu.

A przynajmniej można ją przedstawić na przykładzie oddychania.

Prezes robi wdech, kiedy czyta raporty, słucha, co mówią pracownicy i klienci, konsultuje się z doradcami i ekspertami, sprawdza bieżące statystyki firmy, analizuje ruchy konkurencji, czyta o najnowszych trendach w branży, zmianach w prawie itd. Generalnie, stara się zebrać wszystkie najważniejsze informacje na temat bieżącej sytuacji firmy, pojawiających się szans i zagrożeń.

Taki wdech ma dać prezesowi możliwość ogarnięcia swoim umysłem całości sytuacji.

Dzięki zebranym informacjom prezes podejmuje decyzje – na czym firma ma się skupić, co przestać robić, kogo zwolnić, kogo zatrudnić, na jaki produkt postawić, jak obciąć koszty, jak usprawnić marketing, jak odpowiedzieć na działania konkurencji itd.

Po wdechu i namyśle przychodzi czas na wydech prezesa.

Wydechem można określić zebrania, na których prezes zakomunikuje swoje decyzje, przestawi strategię działania, powoła zespoły, które zajmą się rozwiązaniem najtrudniejszych problemów. Można do tego też zaliczyć przemowy do pracowników, występy na konferencjach czy w mediach. Prezes nieustannie komunikuje się, by ciągle zmieniać kształt swojej firmy na taki, jaki musi ona przyjąć, by w aktualnej sytuacji wykorzystać nadarzające się okazje, uniknąć zagrożeń i osiągnąć założone cele.

Oczekiwania klientów, działania konkurencji czy zmieniające się przepisy, ale też różne procesy zachodzące wewnątrz firmy powodują, że potrzebna jest ciągła zmiana. Ciągle trzeba zwalniać złych pracowników, zatrudniać lepszych, otwierać i zamykać oddziały, kupować inne firmy i sprzedawać części swojej firmy innym, stosować outsourcing, szukać innowacyjnych pomysłów, optymalizować koszty, dbać o płynność finansową itd. Firma, która przestanie się dostosowywać do środowiska, w którym funkcjonuje, upadnie.

 

Kim są prezesi? Co to za ludzie?

 

Oto kilka często występujących charakterystyk prezesów: skończyli drogie studia MBA, często za granicą, znają języki obce, są interdyscyplinarni, mają silny charakter i samodyscyplinę porównywalną z olimpijczykami, lubią wyzwania, ciągle się uczą, chodzą na siłownię, biegają maratony lub mają czarny pas w jakiejś sztuce walki, zdrowo się odżywiają, są wytrwali i potrafią się zmusić do zrobienia tego, co w danej chwili trzeba, nawet jeśli się im nie chce.

Muszą mieć doświadczenie i efekty, umieć przyciągać najlepszych ludzi i maksymalnie ich angażować dla dobra firmy, budować zespoły zdolne rozwiązać skomplikowane problemy, być lepszymi niż konkurencja, dbać o ciągłe ulepszanie wszystkiego, co robi firma.

Ich praca to ciągły stres, długie godziny (zwykle kilkanaście godzin dziennie), wielka odpowiedzialność, ciągłe wyjazdy służbowe na targi, przetargi, negocjacje, szkolenia, coachingi, prezentacje, konferencje. To ciągły wyścig z czasem, ciągła konieczność radzenia sobie z nadmiarem informacji, oczekiwaniami i pretensjami ze wszystkich stron, gigantyczną presją.

Prezesi mają zwiększone ryzyko zawału i wszelkich chorób, do których prowadzi stres i przepracowanie. Zwykle nie mają też za bardzo czasu dla rodziny. Mało kto jest w stanie to udźwignąć i jeszcze dobrze sobie poradzić, dlatego jest bardzo niewiele osób, które dochodzą do tak wysokiego poziomu.

 

Dlaczego tyyyyle zarabiają?

 

O najlepszych prezesów konkuruje wiele firm i dlatego ich wynagrodzenia rosną, trochę jak na licytacji. Gdyby ich było w Polsce 6 milionów, ich płace może byłyby niskie, ale jest ich kilkuset.

Są zatrudniani przez właścicieli firmy (radę nadzorczą wyłonioną przez udziałowców) i to właściciele godzą się zapłacić im takie pieniądze, bo i tak się to wszystkim powinno opłacić, jeśli dobrze wykonają swoją pracę. Jest oczywiście ryzyko, że nie wykonają jej wystarczająco dobrze lub że nawet dobre wykonanie nie uratuje firmy od zguby (wpływa na nią wiele potężnych zewnętrznych czynników). Prezes to zawód – umiejętność zarządzania jest transferowalna między branżami, więc ktoś, kto kiedyś zarządzał firmą produkującą napoje, jutro może być szefem firmy produkującej elektronikę.

Prezesi mają ogromny wpływ na obroty i zyski firm. Jeśli jakaś firma ma zysk w wysokości 300 mln rocznie i zatrudni trochę lepszego prezesa, który zwiększy go o 10%, to powstanie w ten sposób dodatkowe 30 mln rocznie. Czy ktoś, kto zarobił dla firmy 30 mln, może liczyć na wynagrodzenie również w milionach? Okazuje się, że jak najbardziej. Te kwoty są tak duże, bo i wpływ osoby na tym stanowisku jest ogromny i nawet trochę lepszy prezes może oznaczać dziesiątki milionów dodatkowego zysku dla inwestorów.

Prezesi są trochę jak piloci samolotów (z tysiącami pracowników na pokładzie), którzy muszą doskonale znać się na sterowaniu samolotem, na wpływie warunków atmosferycznych na samolot, zasadach ruchu lotniczego, umieć dobrać sprawną załogę, a przede wszystkim znać cel podróży i umieć do niego dolecieć. Nawet jeden błąd może oznaczać katastrofę.

To oni decydują o zmianach, które mogą zwiększyć zyski lub utrzymać pozycję firmy na tym samym poziomie i zapobiec stratom. Zatrudnienie nawet trochę gorszego prezesa może oznaczać przegranie z konkurencją i upadek firmy. Dlatego właśnie rady nadzorcze firm polują na najlepszych prezesów niemal metodą licytacji, oferując świetne wynagrodzenia najlepszym.

To trochę jak z gwiazdami sportu – dlaczego najlepsi piłkarze zarabiają dużo pieniędzy? Dlaczego najlepsi piosenkarze również? Dlatego też podobnie zarabiają najlepsi prezesi największych firm, odpowiedzialni za tysiące pracowników i firmy wartości setek milionów złotych. Jeden błąd i tysiące ludzi mogą stracić pracę. Jeden błąd i inwestorzy mogą stracić setki milionów złotych. Jeśli więc można na stanowisko prezesa zatrudnić sprawdzonego mistrza w swoim fachu, inwestorzy będą skłonni zapłacić mu wielkie pieniądze.

Dobrzy prezesi wnoszą wielką wartość do gospodarki. Dzięki nim firmy rozwijają się, przynoszą zyski, zwiększają zatrudnienie i dostarczają coraz lepsze produkty klientom.

Prywatne dochody prezesów są ważnym źródłem podatków. Prezesi należą do górnego 1,89% podatników, którzy zarabiają ponad 85 tys. zł rocznie i wpłacają do budżetu aż 23% całego podatku PIT, jaki jest płacony.

To, co prezes zarobi w postaci pensji i premii powyżej 85 tys. zł rocznie jest opodatkowane podatkiem dochodowym w wysokości aż 32%. Jeśli w ramach wynagrodzenia dostanie również akcje spółki – zapłaci 19% podatek od zysków kapitałowych, jeśli wypłaci sobie z tego tytułu pieniądze na konsumpcję.

 

Podsumowując – prezesi muszą kontrolować teraźniejszość swojej firmy, ale też mieć wizję i tworzyć przyszłość. Istnieje też ryzyko – prezes może zrobić wszystko najlepiej, jak się da, a firma i tak upadnie. Może popełnić wiele błędów, a firma mimo to się rozwinie. Dzieje się tak, bo na firmę działają również potężne siły zewnętrzne, będące poza kontrolą prezesa. To trochę jak z chirurgami – może być tak, że operacja się udała, a pacjent zmarł, a mogła się niezbyt udać, ale pacjent mógł przeżyć.

W Polsce prezesi czołówki firm zarabiają średnio ponad pół miliona dolarów rocznie i jest to 28 razy więcej niż otrzymuje przeciętny polski pracownik. W USA zarabiają średnio 12 mln dolarów rocznie i jest to 354 razy więcej niż uzyskuje przeciętny amerykański pracownik. (Źródło)

Skala amerykańskich (a właściwie globalnych) firm i polskich firm jest zupełnie inna – prezes Coca-Coli, Apple czy Google to jednak inna liga niż prezes firmy Atlas czy Sokołów.

Jeśli świat prezesów Ci się podoba – Ty też możesz zostać prezesem.

Droga jest wolna, a drzwi otwarte.

Dla najlepszych.

funt

Prawie NIKT w Polsce nie zna faktycznej i pełnej odpowiedzi na zadane w tytule pytanie.

Ten artykuł otworzy Ci oczy na fakty, o których prawdopodobnie nikt Ci wcześniej nie powiedział i pozwoli odkryć rozwiązanie jednej z najciekawszych zagadek, nad jakimi głowią się Polacy w kraju i za granicą.

 

Jaka jest faktyczna różnica w zarobkach między Polską a Wielką Brytanią?

Jeśli zarabiamy średnią krajową w obu krajach (i tam też się za nią utrzymujemy), to w Polsce pensja taka daje nam ok. 67% brytyjskiej siły nabywczej (biorąc także pod uwagę różnice w podatkach). Choć zarabiamy nominalnie tylko 37% tego, co Brytyjczycy, to ich ceny są średnio 81% wyższe niż nasze i stąd taki wynik, jeśli chodzi o siłę nabywczą. (wyliczenie)

Problem pojawia się w niskoopłacanych profesjach, gdzie ważna staje się ustawowa kwota wolna od podatku. W Wielkiej Brytanii osoby zarabiające mało, prawie nie płacą podatków (kwota wolna od podatku to 9440 funtów), w Polsce płacą już po zarobieniu 3091 zł. Brytyjczyków stać na to, by pobierać symboliczne podatki od mało zarabiających. Nas niestety na to nie stać, bo większość podatników niewiele zarabia i tylko niecałe 2% Polaków otrzymuje powyżej 85 tys. rocznie (płacą oni aż 23% kwoty całego podatku PIT jaki jest płacony).

Czyli, mimo wyższych cen, w Wielkiej Brytanii zarabia się faktycznie więcej i pracownik płaci również niższe podatki.

 

Od czego zależy ile zarabiasz?

 

1. Kim jesteś

Pierwszym ważnym czynnikiem jest produktywność danej osoby. Chodzi tu o to, jaka jest Twoja wartość rynkowa, jak przydatne jest to, co robisz, ile wartości dodajesz swoją pracą. Jaką masz edukację, doświadczenie, umiejętności, charakter, talenty, zdolność negocjowania wynagrodzenia, chęć do pracowania w trudnych warunkach, zostania po godzinach w pracy, do częstych podróży służbowych, jakie masz parcie na awans itd.

Nawet w Polsce są osoby zadowolone ze swoich wynagrodzeń i czujące dużą siłę nabywczą – dobrzy programiści, managerowie z korporacji, prawnicy, lekarze, różnej maści specjaliści itd.

 

2. Jaki jest rynek pracy i na ile Cię potrzebuje

Ważne dla płacy jest też to, za ile się zgodzą pracować inni, porównywalni pracownicy, ilu z nich konkuruje o Twoje miejsce pracy. Zwykle im więcej lat trzeba się uczyć, by wykonywać daną pracę, tym łatwiej jest ją później dostać (np. potrzeba lekarzy, bo ciężko ich szybko zastąpić kimś z ulicy, a łatwo można znaleźć kasjera, dozorcę, sprzątaczkę – bo to może robić każdy po minimalnym przeszkoleniu).

Liczy się też wielkość i struktura bezrobocia. W tym samym czasie np. programiści aplikacji mobilnych są poszukiwani przez pracodawców i ich brakuje, a ich pensje rosną. Z kolei kasjerzy w marketach czy sprzątaczki mają gorzej – np. 30 osób bezrobotnych konkuruje o jedno wolne miejsce pracy tego typu.

Kiedy w całej gospodarce jest niska wydajność pracy, kryzys i wysokie bezrobocie, bezrobotni konkurują o każde miejsce pracy akceptując coraz niższe stawki. Lepiej pracować za mniej i dostać pracę niż wcale jej nie mieć. To klasyczny przypadek ustalania ceny pracy na zasadzie podaży i popytu.

Na wysokość bezrobocia wpływa także nieprzystosowanie umiejętności ludzi do szybko zmieniających się potrzeb rynku pracy, brak świadomości, że trzeba się uczyć całe życie, duża konkurencja związana z globalizacją i technologia, czyli fakt, że maszyny i komputery zastępują w pracy ludzi.

Mamy za dużo niepotrzebnych na rynku pracy politologów, filologów, geografów, socjologów, teologów, ekonomistów czy matematyków. Mało za to informatyków, lekarzy, inżynierów, wykwalifikowanych robotników fizycznych. Czyli jednocześnie jest bezrobocie i pracodawcy nie mogą znaleźć potrzebnych im pracowników.

 

3. W jak bogatym kraju pracujesz

Liczy się tzw. społeczna wydajność pracy (a nie tylko wydajność jednostki). To, ile zarobi jeden człowiek, zależy w dużej mierze od tego, ile zarabiają wszyscy pracujący w danym kraju. To z kolei uzależnione jest od tego, na ile ten kraj jest bogaty, co z kolei zależy od wielu czynników historycznych, geograficznych, stopnia rozwoju, kapitału ludzkiego, eksportu, właściwych regulacji prawnych itd.

Od wielu lat światowym trendem jest to, że udział płac w PKB spada, więc płace nie rosną tak szybko jak PKB. Niemniej jednak kraje o wyższym PKB mają zwykle wyższe płace.

Dla wielu osób zaskakujące jest to, że produktywność nie zależy tylko od tego, jak dobrze ktoś pracuje, ale od tego, w jak bogatym kraju. W Chinach ludzie pracują bardzo ciężko, ciężej niż w Wielkiej Brytanii i niewiele z tego mają, bo cały kraj jest dość biedny.

Ogólny poziom dobrobytu i wynagrodzeń przekłada się też na płacę minimalną, bo zwykle płaca minimalna wynosi trochę ponad 40% (a mniej niż 50%) średniego wynagrodzenia. Tak więc, jeśli średnie wynagrodzenie jest wysokie to i płaca minimalna jest relatywnie wysoka. Jak rośnie średnie wynagrodzenie, to zwykle również podnosi się minimalne. W bogatszym kraju każdy dostaje więcej, w biedniejszym mniej, nawet za tę samą pracę.

Koszty życia również grają rolę i w pewnym stopniu fakt, że nasze ceny stanowią tylko ok. 60% średniej UE (a koszty życia w Wielkiej Brytanii są 81% wyższe niż w Polsce) wpływa na to, że mamy również niższe pensje. Nasza siła nabywcza nie wypada dzięki temu tak źle, jak mogłaby to sugerować różnica kwoty, jaką się zarabia.

Dla średniego poziomu pensji ważne jest też to, ile wartości dodanej wytwarza się w danej gospodarce – choćby za ile potem można sprzedać własny wyrób za granicą. Eksport, na którym jest duża marża to np. sprzedaż zaawansowanych produktów, surowce są zwykle tanie i można je kupić od wielu różnych dostawców, więc Polska nie zarobi kokosów sprzedając węgiel czy rudy metali.

Sytuację może poprawić większa innowacyjność, inwestycje w kapitał ludzki, czy infrastrukturę. Kiedy rośnie produktywność, pracodawcy mają więcej pieniędzy i mogą zaryzykować stworzenie nowego miejsca pracy, wybudowanie nowego sklepu czy fabryki.

Jak konkretnie może wyglądać taka bogatsza i bardziej zaawansowana gospodarka? Zobaczmy na przykładzie Wielkiej Brytanii:

 

Dlaczego Wielka Brytania jest bogatsza od Polski?

 

Zacznijmy od tego, że praktycznie od zawsze była bogatsza. Wielokrotnie bogatsza.

To siódmy pod względem bogactwa kraj świata (na ponad 200 krajów).

Historycznie ogromny wpływ na to miała rewolucja przemysłowa i rozsiane po świecie kolonie Imperium Brytyjskiego.

Przed drugą wojną światową, Wielka Brytania była uważana za najpotężniejsze państwo świata. Oto terytoria, które kontrolowała na początku XX wieku:

kolonie

To właśnie Brytyjczycy wymyślili między innymi: telefon, telewizor, maszynę parową, cement, koleje, szczoteczkę do zębów, kanalizację, strony internetowe, piłkę nożną, tenisa, programowalny komputer i język angielski, którym dziś posługuje się prawie cały świat.

Jakby tego było mało, mają najbardziej stabilną i mocną walutę z krajów Zachodu. Funt jest czwartą najczęściej używaną w handlu walutą świata.

Brytyjczycy mają również takie firmy, jak: Tesco, Virgin, BP, Acer, Rolls-Royce, Unilever (właściciel takich marek, jak Dove, Lipton, Rexona, Hellmann’s, Knorr), Vodafone, HSBC, GlaxoSmithKline, British Telecom, British Airways i wiele innych potężnych, które nie są znane w Polsce…

Miarą znaczenia w świecie są również nobliści (mamy kilku noblistów, oni ponad 100). Należą do światowej czołówki w liczbie patentów, mają świetne, najlepsze w Europie uniwersytety – np. Oxford, Cambridge czy LSE. Przyciągają też do siebie z innych krajów najbardziej uzdolnionych ludzi z różnych dziedzin i to dodatkowo napędza im gospodarkę. W Polsce wręcz przeciwnie, najlepsi zwykle opuszczają kraj. Brytyjczycy zarabiają na imigrantach: Badania wykazały, że Wielka Brytania ma więcej pożytku z imigrantów niż z samych Brytyjczyków.

To właśnie z Wielkiej Brytanii pochodzą tak znane postacie, jak: Winston Churchill, Charles Darwin, William Shakespeare, Isaac Newton, John Lennon, Margaret Thatcher, David Beckham czy Paul McCartney.

W porównaniu z Polską, mają lepsze procedury, zarządzanie, stabilny system prawny wspierający biznes, sprawniej działające sądy. Do tego dochodzi dobrze rozwinięta infrastruktura, prowadzone są badania naukowe, które faktycznie przekładają się na patenty i innowacje, jest wysokie zaufanie społeczne, lepszy wizerunek kraju na świecie, co pozwala im łatwiej sprzedawać produkty innym krajom.

Eksportują bardziej zaawansowane produkty – np. sprzęt transportowy, chemię, maszyny, komputery, elektronikę, produkty optyczne, farmaceutyczne, paliwa itd. Polska z kolei eksportuje np. takie produkty, jak: sól, siarka, ziemia i kamienie, rudy metali, smary, artykuły spożywcze i chemiczne.

Widać tu wyraźnie, że Brytyjczycy eksportują produkty o większej wartości dodanej, przez co są w stanie osiągać większe zyski ze swojego eksportu.

Mają także więcej firm, które od dziesięcioleci działają w wielu krajach, 38% osób z wyższym wykształceniem (Polska ma 18%), całe bogactwo nagromadzone przez lata kapitalizmu, skumulowany efekt setek lat korzystania z kolonii, wysokiej klasy kapitał ludzki (plus ściągnięcie zdolnych osób z całego świata). Globalne centrum bankowości i ubezpieczeń jest w Londynie, a w tych branżach naprawdę są pieniądze.

Pomaga im także niska korupcja (14 miejsce na świecie, Polska też ma niską w porównaniu do krajów postkomunistycznych, ale jesteśmy na 38 miejscu na świecie).

Brytyjczycy nie mieli rozbiorów, zaborców, nikt ich nie wywoził na Sybir, w II wojnie światowej stracili mniej niż 1% populacji (Polska ponad 16% i dużą część terytorium), nikt im nie wybił inteligencji w Katyniu ani w Powstaniu Warszawskim, ich gospodarka i mentalność obywateli nie zostały zniszczone przez komunizm.

W przeciwieństwie do Polski nie graniczą z biednymi krajami, takimi jak: Rosja, Ukraina, Białoruś czy Litwa.

Od XVI wieku mają swój kościół anglikański (znacjonalizowali majątek kościoła katolickiego na swoim terytorium), a wszystko, co należy do kościoła jest państwowe. Kościół jest w Polsce największym właścicielem ziemskim po skarbie państwa, ale podlega obcemu państwu (Watykanowi). W Wielkiej Brytanii ziemia należy do państwa, nawet jeśli jest kościelna.

Doktryna anglikańska to coś między rzymskim katolicyzmem a protestantyzmem. Istnieje pozytywna korelacja między kulturą pracy wynikającą z protestantyzmu a bogaceniem się kraju (kraje protestanckie są zwykle bogatsze niż katolickie). Dziś regularnie do jakiegokolwiek kościoła chodzi 6% Brytyjczyków. Generalnie, im zamożniejszy kraj, tym mniejsza religijność (można też powiedzieć, że im mniejsza religijność tym zamożniejszy kraj, bo nie ponosi czasowo-finansowych kosztów religijności).

Podsumowując, Brytyjczycy skorzystali na rewolucji przemysłowej, podbili i na długie stulecia zdominowali świat, mają możliwość bliskiej współpracy z USA, bo podobny jest system prawny i język, od wieków budują dobrobyt w kapitalizmie.

 

Ciemna strona Wielkiej Brytanii

 

Trwający setki lat wyzysk kolonii brytyjskich na wielu kontynentach

Są też karty historii, które przyczyniły się do dzisiejszego bogactwa Wielkiej Brytanii, o których wolałaby ona dziś zapomnieć, jak choćby wymordowanie lokalnej populacji (w Ameryce i Australii), niewolnictwo, grabież surowców, zmuszanie kolonii do kupowania od Brytyjczyków, narzucenie swojego języka itd.

 

Nierówności i bieda

Wielka Brytania ma większe rozwarstwienie społeczne (różnice w dochodach) niż Polska – współczynnik Gini wynosi 40, a dla Polski 34. Dochodzą do tego problemy z wykarmieniem biednych:

„Pół miliona mieszkańców Wielkiej Brytanii, siódmego pod względem bogactwa kraju na świecie, korzysta z banków żywności, ponad dwa miliony ludzi jest niedożywionych, a jeden na sześciu rodziców odmawia sobie jedzenia, aby wykarmić rodzinę.” (Wysokie Obcasy)

 

Marne państwowe emerytury

Siła nabywcza państwowego świadczenia emerytalnego w Wielkiej Brytanii, jest faktycznie trochę MNIEJSZA niż siła nabywcza przeciętnej polskiej emerytury (!). Dlatego powszechne jest wpłacanie na prywatny fundusz emerytalny przez pracodawcę danej osoby, a także samodzielne odkładanie na emeryturę (coś w stylu naszego IKE).

 

Służba zdrowia również nie zachwyca

Na zabiegi trzeba czekać w długich kolejkach. Jest mało atrakcyjna dla Polaków, dlatego jak grzyby po deszczu rosną w Wielkiej Brytanii polskie przychodnie i kliniki. Można o tym więcej przeczytać tutaj i tutaj.

 

Zadłużenie prawie dwa razy większe niż Polski

Brytyjczycy mają też większy dług publiczny (90% PKB, Polska ma 55% PKB, a niebawem będzie mieć poniżej 50% dzięki pieniądzom z OFE). Podobnie z zadłużeniem sektora prywatnego – w 2011 roku polski sektor prywatny był zadłużony na 119,23% PKB, a brytyjski na 204,23% PKB. Dzięki tym pożyczonym pieniądzom państwo mogło się szybciej rozwinąć i cieszyć się dobrobytem już dziś, a płacić za to będzie dopiero w przyszłości.

Brytyjczycy jako naród mniej procentowo oszczędzają niż Polacy i więcej biorą kredytów, gospodarka kręci się więc trochę szybciej, bo jest większy popyt globalny. Mają bardziej konsumpcyjne podejście, trochę podobnie jak w USA.

 

Pogoda

Trudno ekonomicznie wycenić wartość pogody, ale dla wielu ludzi słoneczne dni są bezcenne. Polacy mocno narzekają na pogodę w Wielkiej Brytanii. Najbardziej dotkliwe są częste deszcze, szare chmury, brak słońca, silne wiatry i niskie temperatury.

 

Imigracja ma plusy, ale i minusy

W Wielkiej Brytanii nasilają się problemy społeczne związane z imigrantami, kiedy nie chcą się oni integrować, kiedy powstaje zderzenie kultur i religii. Przyciągają swoim dobrobytem nie tylko elitę intelektualną, czy zmotywowanych pracowników, ale i np. złodziei z innych krajów.

 

Sytuacja Polski

 

Mamy wiele problemów typowych dla krajów postkomunistycznych. Zaczynaliśmy po komunie bez firm mogących konkurować globalnie, z niekonkurencyjnym, przestarzałym przemysłem, w którym panowało nadzatrudnienie i który bez zamówień z dawnego bloku wschodniego generował straty.

W pewnym sensie robimy kapitalizm bez kapitału (a przynajmniej własnego kapitału), bo żeby się faktycznie rozwijać potrzebujemy kapitału zagranicznego. W ciągu ostatnich 24 lat zrobiliśmy jednak gigantyczne postępy i jesteśmy wymieniani jako przykład sukcesu wśród krajów postkomunistycznych.

Niższe płace to nasza przewaga konkurencyjna na rynku globalnym. Niestety nie jesteśmy bardziej innowacyjni od innych narodów, nie mamy, jak inni, ponad stuletnich firm globalnych i jeszcze długo nie będziemy ich mieć. Dlatego pozostaje nam konkurowanie na światowym rynku głównie ceną pracy, szczególnie ludzi wykształconych i znających języki, bo konkurencji niewykwalifikowanych pracowników nie wytrzymalibyśmy (w Chinach ludzie chętnie pracują dłużej i ciężej za znacznie niższe stawki). Dlatego np. świetnie rozwijają się usługi outsourcingowe w Krakowie.

Problemem jest między innymi to, że wiele osób w Polsce, szczególnie po 55 roku życia jest biernych zawodowo. Każda taka osoba musi być utrzymywana przez kogoś, kto pracuje – to prowadzi w efekcie do niższych płac, bo mniej osób wytwarza dochód narodowy.

Według danych OECD, wśród osób w wieku 15-65 lat w Wielkiej Brytanii pracuje zawodowo 70,4%, a w Polsce tylko 59,7%. I nie mówimy tu tylko o bezrobociu, ale także o przechodzeniu na wcześniejsze emerytury, zajmowaniu się domem, zrezygnowaniu ze starania się o pracę i wegetacji na koszt najbliższych (np. 30-sto latek żyjący z rodzicami na ich koszt), traktowaniu zasiłków z opieki społecznej i dorywczej pracy na czarno jako sposobu na życie.

Mamy taką płacę minimalną, na jaką nas stać bez ryzyka dużego podniesienia bezrobocia i zwiększenia szarej strefy (gdybyśmy dziś wprowadzili np. płacę minimalną w wysokości tej w Wielkiej Brytanii, to bezrobocie wyniosłoby prawdopodobnie ponad 90% i załamałaby się gospodarka). Dlatego dobrobyt musimy wypracować przez kolejne dekady rozwoju i nie da się go wprowadzić ustawą, z dnia na dzień.

Szara strefa powoduje, że Polska wychodzi w statystykach gorzej niż jest naprawdę. U nas szacuje się, że szara strefa ma wartość aż 25% PKB. W Wielkiej Brytanii to ok. 10% PKB. Dlatego nasze statystyki bezrobocia i biedy są zawyżone – naprawdę, to mamy się trochę lepiej, ale nie przyznajemy się do tego przed fiskusem.

Średnio, na każde 100 euro, które Polak zarabia oficjalnie, przypada 25 dodatkowych euro, które zarabia pod stołem, bez deklarowania tego urzędowi skarbowemu. Brytyjczyk w takiej samej sytuacji dostaje pod stołem tylko 10 euro.

Duża część uroku pracy Polaków w Wielkiej Brytanii polega na tym, że te pieniądze można potem wydać w Polsce, gdzie mają znacznie większą siłę nabywczą. Brytyjczycy nie mają tak dobrze, bo do Polski się tak łatwo na stałe nie przeniosą, by wydawać u nas zarobione w swojej ojczyźnie pieniądze (powstrzyma ich choćby niezwykle trudny do opanowania język polski).

To świetnie, że możemy legalnie pracować w Wielkiej Brytanii i zarabiać ich wysokie stawki już dziś bez czekania kolejnych kilkudziesięciu lat, by poziom rozwoju Polski zbliżył się znacznie do ich niezwykle wysokiej pozycji, którą budowali do setek lat.

 

Podsumowanie

 

Podsumowując, Wielka Brytania jest bogatsza od Polski, a bogactwo kraju przekłada się na bogactwo i zarobki obywateli.

Dlaczego jest bogatsza od Polski?

Z powodów geograficzno-historyczo-kulturowych.

Choć prawdopodobnie nigdy nie dogonimy gospodarczo Wielkie Brytanii, mamy szansę znacznie zbliżyć się do jej poziomu. Od odzyskania niepodległości intensywnie rozwijamy się i pracujemy, by Polska również kiedyś dołączyła do bogatych krajów.

Różnica w poziomie życia Polaków i Brytyjczyków jeszcze nigdy nie była tak mała, jak dziś.

IMG_1212

Niemożliwe staje się możliwe:

Polska, jako jeden z najlepiej radzących sobie gospodarczo krajów postkomunistycznych, przegania najbiedniejszy kraj „Zachodu” czy też „starej Unii” – pogrążoną w kryzysie Portugalię. 

I nie mówimy tu o całkowitych liczbach dla całego kraju, a o procentowych wskaźnikach i pokazywaniu zjawisk w przeliczeniu na obywatela, więc fakt, że Polaków jest prawie 4 razy więcej nie gra roli w tym porównaniu.

Zacznijmy od kilku podstawowych wskaźników.

Polski dług publiczny to 55% PKB. Portugalski to 123% PKB.

Bezrobocie realne (liczone wg metodologii Eurostatu) – Polska: 10,2%, Portugalia: 15,7%.

Stopa bezrobocia wśród młodych: 27,7% w Polsce i 36,5% w Portugalii.

PKB na mieszkańca, uwzględniające siłę nabywczą (dane za 2012 rok):

Polska 20 562 dolarów, Portugalia: 23 047 dolarów.

Korupcja (wg Transparency International) – Polska: 38 miejsce na świecie, Portugalia 33.

Konkurencyjność (wg Światowego Forum Ekonomicznego):

Polska 42 miejsce na świecie, Portugalia 51 miejsce.

Zagrożenie ubóstwem wg metodologii Eurostatu (zagrożony ubóstwem to między innymi ten, kto nie może wyjechać co roku na tygodniowe wakacje lub kupić sobie zmywarki do naczyń, więc nie chodzi tu tylko o głodujących i bezdomnych):

Procent obywateli zagrożonych ubóstwem: 26,75% Polska i 25,3% Portugalia.

Ile dzieci rodzi kobieta w wieku rozrodczym:

Polska: 1,32, Portugalia: 1,51. Aby zachować liczbę ludności wskaźnik dzietności powinien wynosić 2,1. 

Liczba urzędników:

Portugalia ma 747 880 urzędników i ponad milion bezrobotnych na 10,5 mln obywateli.

W mającej prawie 4 razy więcej obywateli Polsce mamy tylko 443 100 urzędników i 2 mln bezrobotnych.

Płaca minimalna w Portugalii to 566 euro. W Polsce to 384 euro. Jednak różnią się także ceny. Portugalskie ceny to 84% średniej unijnej, a polskie tylko 60%. Zatem, po uwzględnieniu tej różnicy, płaca minimalna jest tylko o 5% wyższa w Portugalii niż w Polsce.

Średnia pensja w Portugalii to 1142 euro, a w Polsce 860 euro, co po uwzględnieniu różnicy w cenach daje nam zaskakujący wynik. W 2013 roku Polacy zarabiają średnio 5% więcej niż Portugalczycy.

 

Jak pokrótce wyglądała historia Portugalii?

Portugalia była potężnym krajem, który od XV wieku do 1974 roku miał kolonie na wielu kontynentach. Z kolonii płynęły między innymi surowce, które sprzyjały bogaceniu się Portugalii.

W przeciwieństwie do Polski, nie było rozbiorów, zaborów, strat w II wojnie światowej (Portugalia nie wzięła w niej udziału), nie było też wielu wyniszczających dekad komunizmu (choć Portugalczycy znacjonalizowali w pewnym momencie trochę strategicznych firm).

 

Portugalia dziś

Portugalia charakteryzuje się gigantyczną biurokracją. Co gorsza, system jest skonstruowany w taki sposób, że małe biznesy nie rozwijają się i pozostają małe, bo zatrudnianie wielu pracowników oznaczałoby duże problemy. Dzięki temu gospodarka pozostaje gospodarką małych firm, które nie mają możliwości profesjonalizowania się i korzystania z obniżającego koszty efektu skali, a także możliwości np. łatwego eksportowania swoich produktów za granicę.

Chodząc po ulicach Porto (drugiego co do wielkości miasta w Portugalii) ma się przygnębiające wrażenie – przypomina ono Polskę z wczesnych lat 90-tych. Małe, amatorskie sklepiki, co piąty budynek to rozpadająca się, opuszczona rudera, ludzie chodzą smutni, pogodzeni ze złym losem.

Doszło do tego, że premier Portugalii otwarcie powiedział Portugalczykom, że jeśli ktoś może wyjechać za granicę, by tam pracować, to powinien to zrobić.

W maju 2011 roku kraj znalazł się na granicy bankructwa i poprosił o pakiet ratunkowy z UE i MFW. Portugalia otrzymała potrzebne 78 mld euro, jednak ta pomoc przychodzi ze cenę bolesnych reform i cięć w wydatkach państwa, które od lat były rozdęte ponad miarę i znacznie powyżej możliwości kraju.

Wśród różnych zabiegów oszczędnościowych znalazły się również obniżki pensji – np. nawet o 12% obcięto pensje w budżetówce.

Nastroje są wisielcze, bo nie widać nadziei na zmianę sytuacji gospodarczej, a od kilku lat sytuacja Portugalczyków się pogarsza, mają obniżki pensji i przywilejów, spada PKB, lawinowo rośnie zadłużenie i utrzymuje się wysokie bezrobocie.

Oto album zdjęć zrobionych w Porto (drugim największym mieście w Portugalii):

Zdjęcia z Porto

W międzyczasie Polska gospodarka rozwija się i mimo recesji przegania Portugalię. Oto, jak rosło PKB w obu państwach na przestrzeni lat:

portugal-gdp-per-capita-ppp

korpo

Krąży ostatnio wiele opinii oskarżających globalne korporacje o wszelkie zło tego świata – ponoć nie płacą one podatków, ponoć w Polsce większość dużych firm jest własnością kapitału zagranicznego, a ogromne profity korporacji znikają gdzieś w kieszeniach garstki ludzi trzymających władzę nad światem.

 

Przyjrzyjmy się temu, jak faktycznie działają korporacje, jakie ważne fakty są przemilczane przez ludzi tworzących teorie spiskowe i jak Ty możesz stać się współwłaścicielem prawie dowolnej korporacji.

 

Korporacje płacą podwójne podatki

 

Mało osób o tym wie, ale korporacje (działające w Polsce jako Spółki Akcyjne) są opodatkowane podwójną stawką 19%. Pierwsze 19% to podatek CIT, które płacą od zysku, jako korporacja, drugi raz 19% płacą udziałowcy, którzy np. dostają dywidendę (wypłatę części zysków) lub sprzedają z zyskiem swoje udziały. Jest to wtedy podatek od zysków kapitałowych.

W jednoosobowej działalności gospodarczej płaci się tylko raz podatek dochodowy (np. liniowy 19%) i już można korzystać z pieniędzy na swoje prywatne cele.

Dlaczego korporacje są opodatkowane podwójnie?

Dzieje się tak, bo w przeciwieństwie do jednoosobowej działalności gospodarczej, właściciele korporacji nie odpowiadają całym swoim majątkiem za zobowiązania spółki. Jeśli masz jednoosobową działalność i popadnie ona w długi – zlicytują Ci dom, samochód itd. Jeśli masz udziały w spółce akcyjnej o wartości 5000 zł, możesz stracić maksymalnie te 5000 zł, nikt nie będzie dotykał Twojego osobistego majątku, by pokryć zobowiązania upadającej spółki.

Czyli – większe bezpieczeństwo w razie bankructwa jest okupione tym, że korporacja płaci podatek dwa razy.

Oczywiście, wiadomą rzeczą jest, że korporacje starają się uniknąć tego pierwszego podatku dochodowego CIT i albo inwestują tak, by prawie nie mieć zysków, albo transferują zyski za granicę lub do rajów podatkowych. Tak czy inaczej, nawet jeśli zbiją ten podatek do zera, ich udziałowcy muszą zapłacić 19% podatku od zysków kapitałowych, więc nie jest tak, że korporacje nie płacą podatków.

Poza takim rozwiązaniem podatkowym, korporacje notowane na giełdzie muszą się publicznie rozliczać z każdej złotówki – ich sprawozdania finansowe są jawne i sprawdzają je zewnętrzne firmy audytowe. Raporty takie możesz przeczytać np. tutaj.

 

Możesz w prosty sposób zostać współwłaścicielem korporacji

 

Kto może zostać współwłaścicielem korporacji?

Każdy, kto kupi jej akcje na giełdzie papierów wartościowych.

Nieważne, czy masz 100 tys. zł czy 2000 zł – możesz zaopatrzyć się w akcje firmy, która Twoim zdaniem będzie się świetnie rozwijać i dobrze zarabiać. Robiąc to podejmujesz RYZYKO.

Jeśli firma pójdzie z torbami (zbankrutuje), możesz stracić cały zainwestowany w nią kapitał i rząd nie wypłaci Ci za to odszkodowania, ani sąd pracy nie przyzna Ci racji i rekompensaty. Jeśli jednak spółka będzie się rozwijać i przynosić zyski – będziesz mieć udział w tych zyskach, dostaniesz dywidendy i wartość posiadanych przez Ciebie akcji będzie rosła.

Korporacje działają na rynku i codziennie zderzają się z takimi zjawiskami, jak konkurencja, zmieniające się oczekiwania klientów, własne błędy w zarządzaniu czy ocenie sytuacji itd. Nikt nikomu nie gwarantuje, że dana firma będzie przynosić zyski, nieważne jak wielka jest w danej chwili. Dobrym przykładem jest tu bankrutująca teraz firma KODAK, która produkowała aparaty fotograficzne i filmy do nich (w technologii analogowej). Została zepchnięta z rynku przez fotografię cyfrową, smartfony itd.

Inne firmy z kolei rosną – gdyby ktoś 5 lat temu zainwestował 1000 zł w akcje firmy Google, dziś miałby akcje warte 7740 zł.

 

Nieważne czy kapitał jest polski czy zagraniczny

 

Mówi się, że kapitał nie ma narodowości. Każda duża korporacja ma inwestorów z wielu różnych krajów i nie ma dużego znaczenia, skąd pochodzą jej założyciele. Google i Apple praktycznie nie płacą podatku dochodowego w USA, bo uciekają z nim do rajów podatkowych, więc USA nie zarabia jakoś specjalnie na fakcie, że założyciele pochodzą właśnie stamtąd.

Ważniejsze jest skąd pochodzą inwestorzy mający akcje tej firmy (podatek od zysków kapitałowych), gdzie firma zatrudnia najwięcej pracowników (podatki i składki pracownicze), gdzie jej produkty się najlepiej sprzedają (w tym przypadku kraj zarabia np. na podatku VAT na te produkty).

Większość międzynarodowych korporacji ma inwestorów z wielu krajów naraz. Każdy z nich ma jakąś część akcji i w takim stopniu bierze udział w zyskach i stratach firmy. Polacy mogą inwestować w niemieckie spółki, Niemcy w polskie, Polacy mogą pracować dla niemieckich korporacji, Niemcy dla polskich, Polacy mogą kupować produkty niemieckich korporacji, Niemcy mogą kupować produkty polskich itd.

Generalnie nikt nikogo nie pyta o paszport zanim sprzeda mu np. puszkę coli. Świat globalnych firm nie przykłada większego znaczenia do narodowości inwestorów, pracowników czy klientów – każda z tych grup składa się zwykle z przedstawicieli wielu różnych narodów.

Udziałowcami korporacji są osoby prywatne, firmy ubezpieczeniowe, fundusze emerytalne, fundusze inwestycyjne czy też inne korporacje. Jedna korporacja może mieć setki tysięcy współwłaścicieli.

 

Co dają nam korporacje?

 

Korporacje dają nam możliwość zainwestowania naszego kapitału i dzielenia zwycięstw i porażek z daną firmą (np. zamiast mieć swoją firmę, możesz kupić choćby za niewielkie pieniądze udziały w jakiejś korporacji).

Korporacje tworzą bardzo wysoko płatne miejsca pracy. Jeśli słyszysz o tym, że ktoś w Warszawie zarabia np. 22 tys. zł miesięcznie – prawdopodobnie jest on pracownikiem globalnej korporacji. Takie miejsce pracy tworzy od razu kilka nowych miejsc pracy w usługach – taka osoba będzie częściej np. jeść w restauracjach, być może zatrudni kogoś do sprzątania swojego domu itd. Korporacje zatrudniają zwykle na wysokich stanowiskach bardzo utalentowanych ludzi, którzy skończyli najlepsze uczelnie i są w stanie podejmować dobre decyzje, które służą jednocześnie klientom, pracownikom i udziałowcom.

Korporacje dają nam coraz lepsze produkty w coraz niższych cenach. Dzięki globalnej konkurencji trwa ciągła walka o klienta i wygrywają Ci, którzy są w stanie najlepiej odpowiedzieć na oczekiwania klientów. To dlatego jedne firmy się rozwijają a inne bankrutują – zmieniają się technologie i oczekiwania klientów, którzy niejako głosują swoimi złotówkami i pokazują w ten sposób, która firma się rozwinie, która przetrwa, a która padnie. Dzięki produkcji na masową skalę korporacje obniżają jednostkowy koszt wyprodukowania danej rzeczy i dlatego są w stanie zaoferować ją taniej niż w przypadku małych firm produkujących małe ilości.

Oczywiście jak to w świecie bywa, korporacje nie są idealne, zdarzają się różnego typu skandale czy nadużycia, jednak jest to najlepszy system, jaki do tej pory powstał, by rozwiązywać problem odpowiedniej alokacji kapitału i wciąż dostosowywać to, co oferują firmy do zmieniających się oczekiwań klientów. To dzięki temu systemowi mamy dziś duży wybór produktów z różnych stron świata, w różnych cenach, a nie puste półki w sklepach i co najwyżej ocet.

dzie

Aby liczba ludności nie malała potrzebujemy współczynnika dzietności wynoszącego 2,1 dzieci na kobietę w wieku rozrodczym (15-49 lat). Tak wysoki nie jest on w większości krajów UE (średnia to 1,58 – dane z 2011 roku). Dlatego właśnie, nie tylko Polacy, ale i większość Europy to społeczeństwa starzejące się i powoli wymierające.

Oto trzy kraje z największą dzietnością w Unii (szacunkowe dane CIA za 2013 rok):

Francja 2,08
Irlandia 2,01
Wielka Brytania 1,90

 

Gdzie mieści się Polska?

 

Jesteśmy w dolnej części zestawienia, choć nie odstajemy tak bardzo od wielu innych krajów. Oto kilka krajów z naszego otoczenia:

Niemcy 1,42
Austria 1,42
Włochy 1,41
Węgry 1,41
Grecja 1,40
Słowacja 1,39
Łotwa 1,34
Słowenia 1,32
Polska 1,32
Rumunia 1,31
Czechy 1,29
Litwa 1,28

 

Dlaczego współczynnik dzietności jest tak niski?

 

Zmalał nacisk społeczeństwa na posiadanie dzieci. Kiedyś młodzi ludzie czuli mocną presję, by mieć dzieci. Osoby bezdzietne były gorzej traktowane przez społeczeństwo. Dziś można być singlem, można zdecydować, że nie chce się mieć dzieci i wiele osób tak właśnie decyduje, bo również pojawiło się w międzyczasie wiele innych atrakcyjnych sposobów spędzania wolnego czasu i organizowania sobie życia.

Rosnące wykształcenie kobiet zmniejsza ich skłonność do posiadania dzieci. Mają więcej opcji, coraz więcej z nich pracuje, robi karierę, korzysta z życia i odkłada macierzyństwo na później lub nigdy.

Dostęp do antykoncepcji. Po raz pierwszy w historii mamy dostęp do faktycznie działającej antykoncepcji, co powoduje, że posiadanie lub nieposiadanie dzieci może być świadomym wyborem. Gdyby takie opcje były dostępne również w przeszłości – prawdopodobnie już wtedy rodziłoby się mniej dzieci.

W podobny sposób, gdyby Polacy mieli możliwość legalnego pracowania w całej Europie np. 50 lat temu, wyjechałoby również kilka milionów osób (czyli wyjazdy nie są spowodowane tym, że teraz jest w Polsce wyjątkowo źle, a tym, że po raz pierwszy można w ten sposób wyjechać – dawniej było gorzej, ale brak możliwości wyjazdu i legalnej pracy zatrzymywał ludzi w kraju). Kiedy po raz pierwszy w historii pojawia się możliwość wyboru w sprawie, w której wcześniej go nie było – nic dziwnego, że znajdzie się część osób, które wybiorą np. nieposiadanie dzieci czy wyjazd za granicę.

Zwiększająca się niepłodność i brak powszechnej refundacji in vitro. Z powodu stresów, chorób cywilizacyjnych i tego, że starania o dziecko podejmują pary coraz starsze, występują problemy z płodnością, a zabieg in vitro jest refundowany tylko dla 15 tys. par w Polsce (i to po raz pierwszy w historii).

Większa odpowiedzialność i chęć zapewnienia dobrych warunków. Dzisiejsi potencjalni rodzice chcą zapewnić swoim dzieciom naprawdę dobre warunki, dać możliwość pójścia na studia itd. Dawniej nikt się nad tym dłużej nie zastanawiał i do dziś tak jest w wielu miejscach na świecie.

W niektórych krajach afrykańskich przypada nawet 7 dzieci na kobietę. W Afganistanie ponad 5,5. Nie dzieje się to jednak dlatego, że mają super stabilną sytuację polityczną, ogromne zasiłki dla młodych matek czy też wysokie pensje. Wręcz przeciwnie, brak im edukacji, antykoncepcji, a wiele rodzących się dzieci nie dożyje wieku 5 lat.

Trwa kryzys gospodarczy. Wiele młodych osób ma duże problemy finansowe lub boi się np. że stracą pracę. W związku z punktem wyżej (chcą zapewnić dobre warunki dzieciom) powstrzymują się z decyzją o dziecku czekając, aż sytuacja się poprawi.

Emigrują głównie osoby w wieku reprodukcyjnym. Współczynnik dzietności liczy się dla kobiet od 15 do 49 roku życia, a wyjeżdżają głównie osoby między 25 a 34 rokiem życia (dane GUS) – kraj opuszczają głównie potencjalne matki w wieku, w którym mają największe prawdopodobieństwo urodzenia dziecka. Między innymi dlatego mówi się o tym, że Polki znacznie chętniej rodzą w Wielkiej Brytanii niż w Polsce. Oczywiście poza tym wpływa tu jeszcze poziom zarobków i duża pomoc brytyjskiego państwa dla rodzin.

Problemy młodych matek na rynku pracy. Niedawno rząd wprowadził roczne urlopy dla młodych matek. Może to w pewien sposób poprawić sytuację, ale powstaje pytanie, czy będzie im łatwo wrócić do pracy po tak długiej przerwie. To, co sprawdza się w Skandynawii to umożliwienie pracy i wychowania dzieci jednocześnie. Tak właśnie dochodzimy do następnego tematu…

Brak żłobków i miejsc w przedszkolach. Tylko 2% dzieci trafia do żłobków – trwają intensywne wysiłki, by zmienić ten stan rzeczy i umożliwić kobietom mającym małe dzieci kontynuowanie pracy zawodowej.

Problemy z mieszkaniami. Trudno jest dostać kredyt hipoteczny bez dobrej stałej pracy, którą z kolei ma tylko część młodych ludzi. Rząd stara się pomóc uzyskać kredyty hipoteczne młodym parom wprowadzając kolejny program, który zastąpi „Rodzinę na swoim”.

Młodzi mogliby też wynajmować mieszkania, jak to powszechnie robią za granicą, jednak prawdziwą blokadą rynku mieszkań pod wynajem jest prawo chroniące niepłacących czynszu lokatorów, które powoduje, że nie opłaca się budować nowych mieszkań pod wynajem, bo sam wynajem jest zbyt ryzykownym zajęciem dla wynajmującego.

Brak imigrantów. Gdybyśmy otworzyli granice na najzdolniejszych młodych ludzi np. ze wschodu, w kraju rodziłoby się więcej dzieci. Jak już wyżej wspomnieliśmy – imigranci są głównie w wieku rozrodczym i mają zwykle większy współczynnik dzietności niż cała populacja.

Polska ma najmniej obcokrajowców, jako procent populacji w Europie (0,1%). Średnia unijna to 4,1%. Kraje takie, jak Francja czy Wielka Brytania korzystają z imigrantów i między innymi dlatego mają tak wysokie współczynniki dzietności. Co czwarte dziecko urodzone w Wielkiej Brytanii to dziecko imigrantów.

bank

Krąży ostatnio dużo teorii spiskowych odnośnie banków i mechanizmu kreowania pieniądza. Przyjrzyjmy się z bliska, w jaki sposób działają w Polsce banki i dlaczego istnieją tak duże różnice w oprocentowaniu kredytów w porównaniu do lokat.
System bankowy tworzy nowe pieniądze?
Zacznijmy od tego, że stale potrzebujemy kreować nowe pieniądze, bo codziennie przybywa dóbr i usług, które tworzymy swoją pracą. Ilość pieniędzy powinna być proporcjonalna do ilości dóbr i usług istniejących w danej chwili na rynku.

Szkodliwa jest sytuacja, w której stworzymy zbyt dużo pieniędzy (jeśli np. dodrukujemy drugie tyle ile faktycznie potrzeba, to ceny pójdą w górę również o drugie tyle i takie zjawisko nazwiemy inflacją). Szkodliwa również jest odwrotna sytuacja – gdy pieniędzy jest zbyt mało, wtedy mówimy o deflacji. Niewielka inflacja jest naturalna i nie szkodzi gospodarce, staramy się jednak unikać dużej inflacji. Na straży trzymania jej na niskim poziomie stoi Rada Polityki Pieniężnej i Narodowy Bank Polski.

Aby utrzymać równowagę między ilością pieniędzy a ciągle rosnącą ilością dóbr i usług na rynku, system bankowy kreuje nowe pieniądze. Powstają one jako zdolność kredytowa. Jeśli jesteś w stanie przekonać bank, że swoją przyszłą pracą i dochodami będziesz w stanie spłacić pożyczkę, bank może dać Ci pieniądze np. na Twój wymarzony samochód już dzisiaj.

Oto, jak to działa – prezentacja przygotowana przez Narodowy Bank Polski:
System bankowy

Dlaczego bank płaci Ci odsetki na lokacie?
Wkładając pieniądze na lokatę, a nawet na rachunek ROR pożyczasz je chwilowo bankowi. Przekazujesz mu możliwość korzystania z nich, a on w zamian wypłaca Ci np. 3% odsetek w skali roku. Chodzi o to, by ochronić Twój kapitał przed inflacją i zachęcić Cię do trzymania pieniędzy w banku, bo dzięki temu będzie on w stanie udzielać kredytów, na których zarobi pieniądze.
Dlaczego bank każe mi płacić 15% za kredyt, a sam płaci 3% za lokatę?
Dawanie kredytów jest dość ryzykownym zajęciem. Okazuje się, że ok. 7% biorących kredyt nie spłaci go i bank ponosi z tego tytułu straty.

Samo prowadzenie banku, utrzymanie oddziałów, systemów informatycznych, zatrudnienie wysokiej klasy specjalistów np. od oceny ryzyka, reklama, wypełnianie obowiązków nałożonych przez organy państwa kontrolujące banki i przez giełdę pochłania dużo pieniędzy.

Do tego dochodzi fakt, że część pieniędzy z lokat musi być przeznaczona na rezerwę w Narodowym Banku Polskim i wpłatę na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Jakby tego było mało, trzeba wypłacić odsetki klientowi, który włożył te pieniądze na lokatę i ochronić kapitał przed inflacją, bo klient spłaci kredyt dopiero w przyszłości, kiedy te pieniądze będą warte mniej niż dziś.

Kiedy te wszystkie wydatki będą pokryte, dopiero reszta to zysk banku.

Jeśli bank lekkomyślnie pożyczy pieniądze osobom, które mu potem nie oddadzą, może zbankrutować, dlatego zwykle dokładnie bada zdolność kredytową. Gdyby bank miał zbankrutować, pieniądze zgromadzone na rachunkach wypłaci klientom Bankowy Fundusz Gwarancyjny, który gwarantuje wypłatę sum do 100 tys. euro. Jeśli ktoś trzymał w tym banku więcej, pieniądze powyżej tej kwoty mogą przepaść.
Czy kredyty są dobre czy złe?
Mogą być takie i takie. Jeśli stać Cię na kredyt, który pomoże Ci np. zakupić maszynę do firmy, dzięki której zwiększysz zyski – kredyt może być świetnym przyspieszaczem rozwoju. Może się zwrócić z nawiązką.

Jeśli jednak bierzesz kredyty, na jakie Cię nie stać i jedziesz za te pieniądze na wakacje, możesz doprowadzić swój budżet do bankructwa. Aby ocenić czy dany kredyt był dobry trzeba przeanalizować całą sytuację – zdolność kredytową osoby, warunki kredytu, oprocentowanie i na co konkretnie zostały wykorzystane pieniądze.
Kup sobie bank
Jeśli uważasz, że banki świetnie zarabiają, kup ich akcje. Możesz je nabyć online przez któryś z systemów emaklerskich, bo banki są notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, więc każdy może być ich współwłaścicielem i brać udział w ich zyskach.

Jako obywatel, możesz również założyć swój bank – wystarczy przeznaczyć na to 5 mln euro na start :)

Nie jest to jednak prosty biznes, podlega bardzo precyzyjnym regulacjom i na rynku bankowym panuje ostra konkurencja między kilkudziesięcioma bankami. Powoduje to z jednej strony, że czasem klienci mają naprawdę korzystne oferty, czasem jednak promocje tylko z wierzchu wyglądają na korzystne, a bank dolicza po drodze takie opłaty, że można się poczuć nabitnym w butelkę. Dzięki zmienionemu jakiś czas temu prawu bank ma przynajmniej obowiązek poinformowania o faktycznych, pełnych kosztach kredytu przed zawarciem umowy, więc sytuacja się poprawia, ale i tak musimy dalej wczytywać się w szczegóły, by nie wdepnąć w coś, co atrakcyjnie wygląda tylko w reklamie.

future

 

1. Wyeliminujemy skrajne ubóstwo

Od lat wiele rządów i światowych organizacji stawia sobie za cel zwalczenie skrajnego ubóstwa (sytuacji w której osoba ma do dyspozycji mniej niż 1,25 dolara dziennie). Jeśli trendy się utrzymają, niebawem już nikt nie będzie musiał żyć w takich warunkach. Oto procent populacji świata, który żył w ekstremalnej biedzie w ciągu ostatnich dekad (źródło: Bank Światowy):

extreme

To, co pomoże nam wydostać kolejne obszary świata z biedy, to między innymi:

mikrokredyty (pożyczanie małych sum na założenie prostej działalności gospodarczej lub np. kupno krowy)

zwiększanie dostępu do antykoncepcji (by rodzice świadomie decydowali, ile chcą mieć dzieci i kiedy, bo to pozwala dostosować ich ilość do zasobów, jakimi dysponuje rodzina)

edukacja, ze szczególnym uwzględnieniem edukacji kobiet, by również mogły pracować zarobkowo, zakładać biznesy itd.

- sprzedaż specjalnie zaprojektowanych produktów dla biednych krajów (np. zamiast kilograma proszku do prania, rodzina może pozwolić sobie jednorazowo na małą saszetkę z proszkiem)

innowacje (choćby lampy na energię słoneczną, które zastępują wciąż popularne w biednych krajach, drogie i niebezpieczne w użyciu lampy naftowe)

 

2. Będziemy dłużej i zdrowiej żyć

Wiele organizacji, takich jak np. Bill & Melinda Gates Foundation pracuje nad wyeliminowaniem chorób zakaźnych dzięki masowym szczepieniom, zwiększeniu dostępności do antykoncepcji i opieki medycznej.

W Polsce rośnie świadomość zdrowego stylu życia, popularne staje się bieganie. Ulepszamy też ratownictwo medyczne (sam fakt, że prawie każdy ma komórkę, przez którą może wezwać pomoc ma duże znaczenie dla ratowania ofiar wypadków itd.). Od 2015 roku w Unii Europejskiej każdy samochód będzie wyposażony w eCall system, który w razie wypadku automatycznie powiadomi służby ratownicze i poda im położenie samochodu.

Stopniowo wygasają patenty na leki, co umożliwia ich masową produkcję i sprzedaż prawie po kosztach produkcji. Niebawem będziemy mieli też zindywidualizowaną medycynę w oparciu o analizę genów danego człowieka – będzie można określić, jakie ma ryzyko zachorowań na różne choroby i w porę zastosować odpowiednią profilaktykę.

Jak wynika z danych GUS, zrobiliśmy też duże postępy w modernizacji służby zdrowia, co przełożyło się na fakt, że w ostatnich 20 latach średnia długość życia polskich mężczyzn wydłużyła się o 6 lat, a kobiet o 5,5 roku.
 

3. Populacja świata ustabilizuje się na poziomie 9 mld

Poniższa prezentacja pokazuje, w jaki sposób populacja świata urośnie z obecnych 7 mld do 9 mld i przestanie rosnąć. To ważne, bo przy skończonych zasobach nie mogliśmy mieć nieskończonego wzrostu populacji, a w regionach, w których on najszybciej następował panowała skrajna bieda i wiele dzieci umierało z głodu (wciąż umierają, ale za jakiś czas uda nam się to opanować).

 

4. Biedni będą mieli dostęp do większości tego, co dotąd było tylko dla bogatych

Ten proces można zaobserwować już dzisiaj. We wczesnych latach 90-tych telefon komórkowy mieli głównie prezesi firm, podczas gdy dziś telefon ma praktycznie każdy Polak. Podróże samolotem były dostępne tylko dla bogatych, dziś, dzięki tanim liniom, nawet mało zarabiająca osoba może się wybrać na weekend do Paryża (owszem, być może będzie na to odkładać przez jakiś czas, ale jest to dostępna opcja). Poza tanim przelotem można także znaleźć tani nocleg w hostelu czy na Airbnb.

Prawie każdy Polak, który chce mieć dostęp do internetu, może go mieć. Dzięki temu ma natychmiastową możliwość przeglądania większej bazy wiedzy niż miał do dyspozycji prezydent Bill Clinton podczas swojej prezydentury. Ten trend będzie się dalej rozwijał – już teraz można za darmo korzystać przez internet z kursów uniwersyteckich przygotowanych przez najlepsze światowe uczelnie typu Harvard czy Stanford – niebawem takie zdobywanie wiedzy będzie można potwierdzić egzaminem i otrzymać wartościowy certyfikat. Oto przykłady takich stron z kursami: Udacity i Coursera.

Już dziś możemy robić darmowe wideokonferencje na Skype czy Google Hangout, w przyszłości będziemy mieli taką możliwość w trzecim wymiarze:

Hologram

Prawdopodobnym jest, że wyświetlacze laptopów czy komórek zastąpią specjalne soczewki kontaktowe. Krokiem w tę stronę jest projekt okularów Google Glass.

Przez internet będziemy załatwiać więcej spraw – bankowość, zakupy, wybór prezydenta… Już w tej chwili możemy w ten sposób przeglądać swoją dokumentację medyczną, przeglądać państwowe archiwa i zakładać firmy. Stopniowo to, co kiedyś wykorzystywało tylko państwo lub armia staje się dostępne dla zwykłych ludzi. Przykładem takiej technologii jest system pozycjonowania GPS, który powstał na potrzeby amerykańskiej armii, a dziś jest montowany w większości nowych smartfonów czy tabletów. Podobnie wygląda historia samego internetu.

Dzięki takiemu dostępowi do informacji i takiej prędkości rozprzestrzeniania się dobrych pomysłów, w bardzo krótkim czasie kraje trzeciego świata podbił ostatnio genialny pomysł na darmową lampę:

 

5. Samochody będą same się prowadziły, a napędzać je będzie prąd lub energia jądrowa

Już teraz firma Google prowadzi zaawansowane testy aut, które nie potrzebują kierowcy, bo jeżdżą na autopilocie: http://en.wikipedia.org/wiki/Google_driverless_car

Mamy coraz więcej elektrycznych samochodów, a także samochód, na energię nuklearną:

cadillac-world-thorium-fuel-concept-1-668x350_610x320

To dopiero początki, ale jakże inspirujące.

 

6. Będziemy bardziej globalni

Już dziś jeden komputer potrafi zawierać w sobie części z ponad 100 krajów.

Rośnie grupa globalnych ludzi (uważających się za obywateli świata). Ktoś urodzony w Polsce studiuje np. we Francji, by potem pracując w USA robić interesy z Chinami, mieszkając przy tym w wynajętym od Amerykanki rosyjskiego pochodzenia mieszkaniu ze swoją norweską dziewczyną, która uwielbia japońską kuchnię. Takich sytuacji będzie w przyszłości coraz więcej.

Więcej osób będzie znało angielski, będzie mniej barier wizowych i celnych, jeszcze tańsze linie lotnicze…

 

7. Dalszy ciąg znanych trendów: urbanizacja, edukacja, bogacenie się, indywidualizacja i sekularyzacja

Coraz więcej osób przenosi się ze wsi do miast, by tam znaleźć szasne na lepsze wykształcenie, pracę i wyższy poziom życia. Ten proces pomoże nam zapewnić lepsze warunki życia większej części ludności niż działo się to do tej pory.

Mamy coraz mniej analfabetów, coraz więcej osób studiuje i uczy się całe życie. To pomoże stworzyć bardziej zaawansowane, rozumiejące świat społeczeństwo.

Sytuacja materialna większości ludzi poprawia się. Dzisiejszy standard biedy jest zupełnie inny niż jeszcze 100 lat temu. Część amerykańskich bezdomnych ma telefony komórkowe i samochody, a Eurostat w Europie liczy jako osoby „zagrożone ubóstwem i wykluczeniem społecznym” tych, których nie stać na zmywarkę do naczyń i tygodniowe wczasy.

Indywidualizacja powoduje, że każdy dobiera sobie z dostępnych poglądów i przekonań jakąś mieszankę, która najbardziej pasuje jego konkretnej osobowości i nie musi się mieścić w ramach danej organizacji (np. wiele osób nie identyfikuje się z żadną partią polityczną).

Postępująca sekularyzacja oznacza, że będziemy stopniowo zastępować wiarę wiedzą. Zorganizowane religie będą miały coraz mniej wyznawców. Część osób dołączy do grona ateistów, część będzie miała jakąś swoją indywidualną wersję wierzeń i zasad moralnych, niekompatybilną z żadnym zinstytucjonalizowanym kościołem.

 

Wyzwania przyszłości

Będą też wyzwania – ludzie mogą mieć problem z nadążaniem za zmianami.

Mogą na przykład opierać się pomysłom typu sprowadzenie do nas emigrantów ze Wschodu, by wypracowali starzejącym się Polakom emerytury. Okazuje się, że na takim rozwiązaniu skorzystała już Wielka Brytania: Badania wykazały, że Wielka Brytania ma więcej pożytku z imigrantów niż z samych Brytyjczyków.

Problemem może być dalej wykluczenie cyfrowe (nie z powodu braku dostępu do technologii, ale z powodu braku chęci do nauki, jak ją obsłużyć).

Nowości techniczne typu samochody na atom będą prawdopodobnie początkowo dostępne tylko dla najbogatszych, ale być może w niedługim czasie powstaną także tańsze wersje, jak to się stało choćby w przypadku tabletów – teraz można kupić prosty tablet nawet w Biedronce.

minister-sprawiedliwosci-nie-bedzie-prokuratorem-generalnym---sejm-odrzucil-weto-prezydenta

Większość Polaków odnosi wrażenie, że mamy tragiczną klasę polityczną i to właśnie jest „przyczyną całego zła”. W porównaniu do nieistniejącego nigdzie ideału, faktycznie – politycy są różni, jest niekompetencja, jest głupota, jest korupcja, jest nepotyzm itd.

Porównajmy się jednak do pozostałych postkomunistycznych krajów naszego regionu, a okaże się, że Polska ma jedną z lepszych klas politycznych w tej części Europy.

Dwa wielkie cele, które udało nam się osiągnąć – NATO i Unia

Miarą sukcesu państw postkomunistycznych naszego regionu jest między innymi to, czy udało im się wejść do NATO i Unii Europejskiej. W przeciwieństwie do Białorusi czy Ukrainy, Polska już od lat cieszy się członkostwem w obu tych organizacjach. Zwiększyło to nasze bezpieczeństwo, dobrobyt, możliwość legalnego pracowania i życia w wielu krajach, a na dodatek staliśmy się krajem najbardziej wspieranym finansowo przez UE.

Żaden postkomunistyczny kraj nie jest dziś atrakcyjniejszy niż Niemcy czy Wielka Brytania

Dużo narzeka się w Polsce, że ludzie wyjeżdżają do pracy za granicę i politycy nie potrafią tego trendu powstrzymać. Faktem jest, że Polacy nie jadą masowo na Węgry czy nawet do Czech, a kierują się do Niemiec i Wielkiej Brytanii. Innymi słowy, żadnemu krajowi postkomunistycznemu nie udało się stać się tak atrakcyjnym, by nie wyjeżdżali z niego obywatele lub, by nawet przyjeżdżali do niego masowo mieszkańcy biedniejszych krajów. Tak, Polska jest mniej atrakcyjna niż kraje Zachodu, ale tak ma każdy kraj postkomunistyczny naszego regionu (mimo, że rządzą nimi inni ludzie). Fakt, że przez kilka dekad mieliśmy komunizm cofnął nasze kraje w rozwoju i bez względu na to, kto w którym kraju będzie przy władzy, odrobienie strat zajmie nam jeszcze dziesięciolecia.

Korupcja w Polsce jest dość niska w porównaniu z innymi krajami

Według raportu Transparency International, mamy niższą korupcję niż Rosja, Ukraina, Białoruś, Rumunia, Bułgaria, Węgry, Czechy i Słowacja. Jest to zasługą między innymi naszego położenia geograficznego (graniczymy z Niemcami) i tego, że właśnie od Niemiec modelowaliśmy wiele rozwiązań prawnych, które pozwalają unikać korupcji. Ona dalej jest, ale w każdym z wyżej wymienionych krajów jest WIĘKSZA.

Mamy mało skandali, afer i przekrętów

Oczywiście, wszystkie te rzeczy czasem się zdarzają, ale jest ich stosunkowo niedużo. Polska niezwykle rzadko ląduje w nagłówkach światowych mediów z powodu jakiejś afery. Co innego pozostałe kraje… Zobacz poniższe kilka przykładów:

Czechy

Według czeskich mediów w trakcie prowadzonej od nocy ze środy na czwartek w siedzibie rządu i innych miejscach rozległej akcji policyjnej Jednostki Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej (UOOZ) aresztowano kilka osób, zajmujących obecnie lub w niedawnej przeszłości wysokie stanowiska w aparacie władzy.

Wśród zatrzymanych mają się znajdować szefowa gabinetu premiera Petra Neczasa Jana Nagyova, szef urzędu rady ministrów Lubomir Poul i naczelnik wywiadu wojskowego Milan Kovanda. W areszcie znaleźli się ponadto były naczelnik wywiadu wojskowego Ondrej Palenik, były przewodniczący klubu poselskiego kierowanej przez Neczasa Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS) Petr Tluchorz, były minister rolnictwa Ivan Fuksa i być może również były wiceminister tego resortu Roman Boczek – twierdzą media.
Źródło: TVN24

Rumunia

Minister edukacji i premier zostali oskarżeni o plagiat. Inny rumuński premier otrzymał wyrok dwóch lat bezwzględnego więzienia za korupcję. Krajowi brakuje stabilności politycznej, kilkukrotnie próbowano odwołać prezydenta w referendum (źródło TVP). Tego typu sytuacje źle się obijają na rumuńskiej walucie i wiarygodności w oczach inwestorów.

Ukraina

Bójki i rękoczyny w parlamencie:

 

Belgia

Belgijski kryzys rządowy – trwający od czerwca 2010 roku do grudnia 2011 (541 dni), był najdłuższym kryzysem rządowym we współczesnej historii politycznej świata. Od czasu czerwcowych wyborów parlamentarnych w 2010 roku kraj nie był w stanie powołać konstytucyjnego rządu. (Źródło: Wikipedia)

Hiszpania

Skarbnik partii rządzącej i premier zostali oskarżeni o nielegalne finansowanie partii, w największym skandalu finansowym w Hiszpanii od lat (szczegóły tutaj).

Włochy

Długoletni premier Włoch Silvo Berlusconi został ostatnio prawomocnie skazany za oszustwa podatkowe. Na przestrzeni lat wywołał też wiele skandali obyczajowych. (Źródło: TVN24)

USA

Upór skrajnego skrzydła Partii Republikańskiej (Tea Party) protestującej przeciw reformie zdrowotnej zwanej ObamaCare doprowadził do 17-sto dniowego „zamknięcia rządu”, przez co instytucje publiczne były zamknięte, a urzędnicy nie otrzymywali wynagrodzenia.

Inne kraje:

W ubiegłym roku ze stanowiska ministra obrony Niemiec musiał odejść Karl-Theodor zu Guttenberg, gdy udowodniono mu plagiat pracy doktorskiej. W kwietniu tego roku do dymisji podał się prezydent Węgier Pal Schmitt, pozbawiony tytułu doktorskiego za plagiat. (Źródło: TVN24)

Polska nie jest idealna, ale w wielu bliskich nam krajach jest gorzej

Podczas gdy inne kraje przeżywają skandale i destabilizację polityczną, w Polsce już drugą kadencję rządzi stabilna koalicja rządowa. Jest to ważne np. dla inwestorów zagranicznych, którzy widząc stabilne warunki nie boją się zainwestować pieniędzy. W naszym parlamencie nie dochodzi do rękoczynów (jak np. na Ukrainie). Panuje u nas wolność słowa i demokracja (Białorusini nie mają tego szczęścia). Nasze PKB per capita wyrażone jako parytet siły nabywczej jest na trzecim miejscu na 13 krajów regionu (przebiją nas tylko Czesi i Słowacy). (Źródło: MFW)

Mamy na scenie politycznej również populistów, demagogów itd., ale nie dajemy im zwykle władzy, a jeśli już to na krótko i nie są w stanie wszystkiego zepsuć. Dominują rządy osób zrównoważonych, które nie są wolne od błędów, ale w miarę odpowiedzialnie dbają o kraj. Trudno coś takiego powiedzieć o większości pozostałych krajów postkomunistycznych.

Politycy mają wbrew pozorom dość mały wpływ na rzeczywistość

Większy niż polityka wpływ na dobrobyt w postkomunistycznych krajach naszego regionu miały takie czynniki, jak: historia (np. ofiary i zniszczenia w czasie II wojny), położenie geograficzne (im bliżej Berlina i dalej od Moskwy, tym lepiej), kultura (np. skłonność do korupcji, otwartość na nowości, pracowitość itd.). Te właśnie czynniki tłumaczą dzisiejszą pozycję krajów naszego regionu znacznie lepiej niż działalność polityków, którzy w końcu wywodzą się z ludu, zostali przez niego wybrani i są tylko ludźmi (ze wszystkimi tego dobrymi i złymi stronami).

pracaWielu ludziom wydaje się, że rząd mógłby jednym dekretem zlikwidować bezrobocie oraz wprowadzić pełnię szczęścia dla wszystkich obywateli i tylko przez wrodzoną złośliwość tego nie robi…

Przyjrzyjmy się z bliska zjawisku bezrobocia.

Bezrobocie jest zjawiskiem naturalnym w gospodarce i występuje praktycznie na całym świecie. Nawet, kiedy gospodarka szybko się rozwija, istnieje pewien poziom bezrobocia (tzw. naturalne bezrobocie).

Według danych OECD, od 1992 roku, najniższe bezrobocie w Polsce wynosiło 7,11% (w 2008) i można przyjąć, że to właśnie jest nasz naturalny poziom. W Hiszpanii było to 8,26% (w 2007), w USA 4% (w 2000 roku). Jeśli gospodarka jest w złej kondycji np. przez światowy kryzys – bezrobocie będzie oczywiście wyższe niż naturalne.

Dlaczego każdy z tych krajów ma inny poziom bezrobocia naturalnego?

Oto kilka czynników, które na to wpływają:

- Prawa pracownicze i regulacje. Im bardziej państwo stara się zabezpieczyć pracownika kosztem pracodawcy, tym większym ryzykiem jest zatrudnianie kogokolwiek i spada skłonność firm do oficjalnego zatrudniania pracowników. Skrajnymi przykładami mogą tu być właśnie Stany Zjednoczone (gdzie pracownik nie jest prawie w ogóle chroniony przez prawo, można go łatwo zwolnić itd.) i Hiszpania (gdzie pracownikom należały się różne przywileje i duże odprawy, za zwolnienie po wielu latach pracy). To właśnie dlatego naturalne bezrobocie w USA jest niższe niż w Polsce, a w Hiszpanii wyższe.

Obciążenia pozapłacowe pracy. Chodzi tu o ZUS, składki, podatek dochodowy i wszystko to, co musi zapłacić pracodawca, a co nie trafi bezpośrednio do pracownika. Ma tutaj również znaczenie wysokość płacy minimalnej – im wyższa płaca minimalna, tym wyższe bezrobocie. Eliminuje ona z rynku pracy głównie osoby o najmniejszych kwalifikacjach i doświadczeniu, których praca nie warta jeszcze tyle, ile kosztowałaby pracodawcę zmuszonego płacić płacę minimalną (ok. 2000 zł miesięcznie, taki jest koszt płacy minimalnej dla pracodawcy).

Struktura rynku pracy. Chodzi o dopasowanie kompetencji pracowników do oczekiwań pracodawców. W tym miejscu mamy duży problem, jako dość zacofana gospodarka post-komunistyczna. Problem polega np. na tym, że mamy bezrobotne szwaczki i osoby, które doiły krowy w PGRach, a pracodawcy poszukują programistów aplikacji na smartfony i przedstawicieli handlowych. Tej głębokiej różnicy, luki w kwalifikacjach, nie da się niestety szybko zmniejszyć.

- Skłonność społeczeństwa to przeprowadzenia się tam, gdzie jest praca. Tej mobilności wewnątrz kraju trochę Polakom brakuje (jak już, to jadą za granicę). Problem polega na tym, że trudno oczekiwać, iż osobie z podstawowym wykształceniem, w poPGRowskiej wsi, która nie pracowała przez ostatnie 15 lat, ktoś nagle wybuduje przed zagrodą lśniący wieżowiec firmy Google i zatrudni ją na stanowisku starszego programisty za 10 tys. zł na rękę.

Magicznym lekiem na bezrobocie są duże miasta. Bezrobocie w Warszawie jest zwykle poniżej 5%. Jednym z powodów, dla których nie ma pracy w województwie warmińsko-mazurskim, czy zachodnio-pomorskim jest właśnie brak dużego miasta (takiego na np. 800 tys. mieszkańców czy ponad milion).

Rozproszenie ludności po różnego rozmiaru wsiach i miasteczkach skutecznie utrudnia zdobywanie potrzebnych do pracy kwalifikacji i znajdowanie firm, które miałyby tych ludzi zatrudnić.

Osoby te zwykle nie mają z dala od miast szans na pracę, chyba że będą pracować przez internet, co jest zupełnie abstrakcyjnym pomysłem dla większości bezrobotnych.

 

Ile wynosi bezrobocie w Polsce?

Zarejestrowanie się jako bezrobotny daje prawo do darmowego korzystania z opieki zdrowotnej. To motywuje wiele osób, które wcale pracy nie potrzebują i nie szukają, do zarejestrowania się i powiększenia statystyki.

W Polsce mamy ok. 2 083 200 bezrobotnych, czyli 13% tzw. bezrobocia rejestrowanego (dane GUS za sierpień 2013). Ok. połowa z nich to osoby długotrwale bezrobotne (dłużej niż rok). Tylko ok. 340 tys. osób ma prawo do zasiłku, pozostałe dostają tylko prawo do darmowego leczenia.

Według Eurostatu, który zamiast patrzeć na liczbę zarejestrowanych osób szacuje faktyczną liczbę bezrobotnych zainteresowanych znalezieniem pracy, bezrobocie w Polsce wynosi 10,3% i jest niższe od średniej unijnej wynoszącej 10,9%. Bycie poniżej średniej unijnej w poziomie bezrobocia, to jest świetnym wynikiem, pokazuje, że przeszliśmy przez kryzys dość łagodnie w porównaniu z resztą Europy.

 

Zarejestrowani jako bezrobotni wcale nie muszą być faktycznie bez zajęcia…

Szacuje się, że ok. 38% osób zarejestrowanych, jako bezrobotni jest faktycznie zatrudniona, ale na czarno (w szarej strefie, która z kolei ma wartość ok. 25% polskiego PKB).

Czy te historie brzmią znajomo?

Pracujący na czarno w budowlance Dominik jest zarejestrowany jako bezrobotny (szacuje się, że aż 80% pracujących w tym sektorze robi to na czarno).

Opiekująca się dziećmi innych ludzi Ania jest zarejestrowana, jako bezrobotna (aż 90% opiekunek do dzieci pracuje na czarno).

Pan Mietek, który jest „złotą rączką” i robi różnego typu fuchy, również figuruje w statystyce jako bezrobotny.

Marek, który pracuje nielegalnie w Niemczech, oficjalnie jest na bezrobociu.

Elwira udziela korepetycji z angielskiego i nieźle z tego żyje – oficjalnie jest młodą bezrobotną.

31-letni Michał mieszka z rodzicami, którzy go utrzymują, spędza czas na grach komputerowych, niezbyt interesuje go jakaś praca – oficjalnie jest młodym bezrobotnym.

Monika, po urodzeniu drugiego dziecka, postanowiła zostać w domu – w statystykach jest bezrobotna, ale na razie nie szuka żadnej pracy, opiekuje się dziećmi i domem.

Marta opiekuje się 92 letnią emerytką, płacą jej za to dzieci opiekowanej – oficjalnie jest bezrobotna.

Jessica jest prostytutką – oficjalnie na bezrobociu (szacuje się, że takich jak ona jest w Polsce 150 – 250 tysięcy).

Pan Tomasz wynajmuje studentom na czarno parter domu, w którym mieszka – od wielu lat jest na bezrobociu.

Jadwiga wróciła po 3 latach z Norwegii, przywiozła pieniądze i właśnie remontuje dom rodziców – w statystykach zobaczysz ją, jako bezrobotną.

Rafał jest dilerem narkotyków – urząd pracy uważa go za jednego z młodych bezrobotnych.

Wszystkie powyższe przykłady są zmyślone, ale reprezentują różnorodność zajęć osób w szarej i czarnej (przestępczej) strefie. W związku z deklarowanym bezrobociem i niewykazywaniem dochodów, osoby te mogą także czasem liczyć na zasiłki z opieki społecznej. Paradoks polega na tym, że gdyby ujawniły swoje dochody, utraciłyby prawo do zasiłków i darmowej opieki zdrowotnej, tak więc mają motywację, by pozostać oficjalnie „długotrwale bezrobotnymi”, którzy „nie mają żadnych dochodów”. Zawyża to nie tylko statystki bezrobocia, ale i biedy w Polsce.

 

Co jeszcze wpływa dziś na bezrobocie?  

Kryzys gospodarczy. Rynki są teraz połączone, jest właściwie jeden, globalny rynek i kryzys w USA i strefie Euro odbija się także na Polsce. Podobnie np. z ożywieniem gospodarczym, które miejmy nadzieję za jakiś czas zmniejszy bezrobocie do naturalnego poziomu.

Są osoby, które po prostu są między jedną pracą a drugą. To się zdarza. Firmy bankrutują lub tną koszty, ludzie stają się chwilowo bezrobotni i w kilka miesięcy znajdują nową pracę – ten zupełnie naturalny proces nie ma zbyt negatywnych efektów dla gospodarki.

Zły klimat wokół przedsiębiorczości powoduje, że mamy za mało przedsiębiorców, za dużo pracowników. Zbyt niewielu ludzi chce tworzyć miejsca pracy, a zbyt wielu czeka, aż ktoś przyjdzie i da im pracę. Zakładanie firmy wiąże się z ryzykiem – przedsiębiorca może przepracować miesiąc pracując 7 dni w tygodniu po 14 godzin na dobę i w rezultacie jego firma może przynieść np. 10 tys zł straty. I żaden sąd pracy mu tego nie zwróci. On podejmuje ryzyko. To wciąż zbyt mało popularna postawa w naszym kraju.

Globalizacja i rozwój technologii spowodowały, że potrzebujemy mniej osób do prostych prac fizycznych, które taniej wykonają za nas np. Chińczycy, lub maszyny. Drastycznie spada zapotrzebowanie na proste prace i rośnie na wysokopłatne, wymagające dużych kwalifikacji zawody – np. potrzebujemy programistów, biotechnologów, managerów itp.

Polskie urzędy pracy są mało użyteczne (przydałyby się rozwiązania podobne do niemieckich, które mają być stopniowo wprowadzane i u nas). Prywatne firmy będą starać się znaleźć bezrobotnemu pracę, pomóc w przeprowadzce, dobrać odpowiednie kursy itp. Otrzymają one wynagrodzenie za rezultat (jeśli bezrobotny znajdzie i utrzyma pracę). Faktem jest, że na najlepiej płatne stanowiska nikt nie szuka pracowników w urzędach pracy.

Jest niski poziom kultury i uczciwości zarówno pracowników, jak i pracodawców – zdarza się kombinowanie, oszukiwanie, brak profesjonalizmu. To zniechęca obie strony do wzajemnych kontaktów, a tylko tak można zmniejszyć bezrobocie.

Zmienia się struktura gospodarki – coraz mniej ludzi będzie potrzebnych w rolnictwie i przemyśle, a coraz więcej w usługach. Potencjalni pracownicy nie nadążają z nadrobieniem różnicy w kwalifikacjach, które są potrzebne do bardziej zaawansowanych miejsc pracy.

Niektórzy ludzie nie nadają się do żadnej pracy – mają bardzo niskie IQ, nie mają kwalifikacji ani dyscypliny, są uzależnieni od alkoholu, mają różne zaburzenia psychiczne itd.

 

Podsumowanie

Bezrobocie jest dość złożonym problemem i najprawdopodobniej nigdy nie uda nam się całkowicie go zwalczyć. Dzięki ożywieniu gospodarczemu, które się miejmy nadzieję niebawem pojawi, reformom urzędów pracy i tego typu zabiegom, będziemy w stanie przybliżyć się do naturalnego poziomu bezrobocia, który nie będzie jakoś szczególnie szkodliwy dla gospodarki. Pamiętajmy też, że zarejestrowany bezrobotny to niekoniecznie osoba, która nie pracuje w ogóle. Ukrywanie dochodów i kombinowanie jest w Polsce wciąż dość powszechną praktyką.

Od jakiegoś czasu krąży po internecie grafika, która stara się wywołać oburzenie zestawiając przychody supermarketów i dyskontów z płaconymi przez nie podatkami:

rep

 

Jak jest naprawdę?

Pierwszy i największy błąd wynika z zestawiania przychodów z kwotą podatku.

Podatki dochodowe płaci się od ZYSKÓW (czyli od przychodów trzeba odjąć KOSZTY).

Marże supermarketów są jednym z najmniejszych w porównaniu z innymi branżami i wahają się między 1-2%. Czyli, z zapłaconych przez Ciebie 100 zł za zakupy, supermarket zarobi 1-2 zł. I to będzie jego zysk podlegający opodatkowaniu, chyba, że firma inwestuje, buduje nowe sklepy i te pieniądze idą na pokrycie kosztów rozwoju, czyli zysku nie ma wcale (a są np. kredyty na wiele lat).

Supermarkety zarabiają kolejny 1-2% obrotu w mało znany klientom sposób – otóż płacą one swoim dostawcom z dużym opóźnieniem (60 a nawet 120 dni). W międzyczasie te duże pieniądze inwestują w różne instrumenty finansowe i mają z tego zysk.

Prawdą jest, że pracownicy w marketach zarabiają mało, że dostawcy są traktowani w mało przyjazny sposób (wymusza się na nich bardzo niskie ceny, opłaty, płaci się im z dużym opóźnieniem itp.).

Z drugiej jednak strony, dzięki supermarketom wszyscy mają znacznie tańsze produkty. Jest to model bardzo zoptymalizowany pod względem cięcia kosztów i dzięki istnieniu tych tanich sklepów najbiedniejsi mogą za swoje małe pieniądze kupić znacznie więcej niż mogli do tej pory w małych sklepikach. Polacy wciąż duży procent swoich domowych budżetów wydają na żywność i fakt, że mogą ją kupować taniej jest bardzo ważny dla społeczeństwa.

Część swoich zysków sieci supermarketów mogą transferować za granicę i nie płacić od nich w Polsce podatków – jest to jednak normalne w przypadku zagranicznych firm, bo inwestorzy, którzy sfinansowali wejście do Polski danej sieci sklepów liczą także na to, że ich inwestycja przyniesie im zyski. Na tej samej zasadzie, polskie firmy operujące za granicą mogą transferować zyski do Polski lub rajów podatkowych.

Nieprawdą jest, że markety co 5 lat zmieniają nazwę, by płacić niższe podatki. Zmiany nazw wynikają z przejęcia danego sklepu przez inną spółkę, bo np. któraś z firm wycofuje się z Polski, a inna rozwija działalność i chętnie przejmie takie upadające sklepy.

Nieprawdą jest również, że mają jakiekolwiek ulgi podatkowe dlatego, że są marketami lub dlatego, że są własnością kapitału zagranicznego. Działają tak, jak wszystkie inne podmioty na rynku – mogą korzystać ze specjalnych stref ekonomicznych, ale dokładnie tak samo, jak każda inna firma.

Marketom nie wiedzie się najlepiej…

Wbrew pozorom, polski rynek jest konkurencyjny i wiele sieci marketów wycofało się z niego, a inne np. wciąż tracą pieniądze.

Oto kilka artykułów prasowych na ten temat:

Carrefour wycofa się z Polski? Kolejne sygnały

Tesco wycofa się z Polski? Bo Polacy kupują coraz mniej

Sieć Real wycofa się z Polski?

Niemiecka sieć handlowa Lidl wycofuje się z Polski

Plus (supermarket) – wycofał się z Polski

Jak widać, markety nie mają w Polsce łatwego życia, często walczą o przetrwanie, przynoszą straty i wycofują się z naszego rynku.

 

Są różne opinie – od tego, że jest dług jest gigantyczny i za chwilę wszystko się zawali, do opinii, że Polska jest w dobrej sytuacji, jesteśmy wypłacali i mamy dług znacznie mniejszy niż większość krajów.

 

Jak jest naprawdę?

 

Zanim powiemy sobie, jakie argumenty przemawiają za każdą z tych ocen, zastanówmy się, od czego zależy, czy ktoś ma problem ze swoim zadłużeniem. Załóżmy, że czyjś dług wynosi 10 tys. zł. To źle czy dobrze? To zależy od takich czynników, jak:

– ile ta osoba zarabia

– jak szybko rosną jej zarobki

– jakie jest oprocentowanie długu

– na co zostały wydane te pieniądze – zostały zainwestowane czy przejedzone?

 

A oto powody, dla których jesteśmy w dość dobrej sytuacji, jeśli chodzi o dług publiczny:

Polski dług publiczny wynosi ok. 55% PKB i jest na granicy pierwszego progu ostrożnościowego, który sami sobie zdefiniowaliśmy, by zmotywować się do ograniczania długu. Wiele krajów jest znacznie bardziej zadłużonych niż Polska, a średni dług publiczny na świecie to 68% PKB.

Większy procent długu do PKB mają choćby:

Niemcy 81,7% PKB
Francja 89.9% PKB
Wielka Brytania 88.7% PKB
USA 73.6% PKB
Węgry 78.6% PKB
Japonia 214.3% PKB
Hiszpania 85.3% PKB
Grecja 161.3% PKB
Portugalia 123.6% PKB

(wg danych CIA)

 

Jakie odsetki płacimy za nasz dług?

Aktualnie tzw. rentowność polskich obligacji waha się między 4% a 5%. Obligacje to forma pożyczania państwu pieniędzy – mogą je kupować pojedyncze osoby i instytucje. To dość bezpieczna forma inwestowania. Z kolei dla państwa jest to w miarę tani pieniądz i jeśli jest ono w stanie wykorzystać go na inwestycje przynoszące odpowiedni zwrot – może zarabiać na swoim długu.

 

Nasz PKB od wielu lat nieprzerwanie rośnie, więc każdego roku mamy nieco większą zdolność do spłacania zadłużenia. Nawet w ciągu ciężkich dla Europy lat 2007-2012, kiedy większość krajów straciła duże pieniądze, Polska gospodarka urosła najwięcej w Europie – aż ponad 18%.

 

Na co głównie zostały wydane pożyczone w ostatnich kilku latach pieniądze?

 

Część pochłonął kryzys – malejące wpływy budżetowe i jednocześnie rosnące wydatki prowadziły od deficytów budżetowych i długu.

 

Część długu pomogła sfinansować największy plac budowy w Europie, jakim stała się Polska dzięki pieniądzom z UE.

Otrzymujemy obecnie więcej pieniędzy z Unii niż jakikolwiek inny kraj, bo jesteśmy największym z tych mniej zamożnych krajów, które weszły niedawno do Unii i mamy za te pieniądze przybliżyć się do poziomu pozostałych państw członkowskich.

Projekty współfinansowane z UE wymagają wkładu własnego, więc często musieliśmy pożyczyć 20-30% wartości danej inwestycji. Duża część tego długu powstała w samorządach. Jednak zyski z tych inwestycji w postaci dróg, autostrad, dworców, lotnisk, sal gimnastycznych, boisk, parków itd. będziemy mieli przez kolejne 30 lat lub więcej.

 

Część długu powstała dzięki wprowadzonemu 15 lat temu mechanizmowi, który spowodował, że pieniądze na składki emerytalne zamiast płynąć w całości do ZUS popłynęły również do OFE, które potem kupowały za część tych pieniędzy nasze obligacje. Przez to powstała dziura w ZUS, którą co roku musiał zasypywać budżet Państwa. Nie miał na to pieniędzy, więc pożyczał i tak narastał w szybkim tempie dług. Po planowanej teraz reformie OFE i przekazaniu będących w nich pieniędzy z powrotem do ZUS nasz dług publiczny obniży się o kilkanaście procent.

Większość polskiego długu publicznego mamy wobec polskich obywateli i firm które kupiły obligacje skarbu państwa. Czyli faktycznie jesteśmy w dużej mierze zadłużeni u samych siebie. Pozostałą część długu mamy wobec mamy wobec inwestorów zagranicznych.

Warto zdać sobie sprawę z tego, że nawet w przypadku problemów z bieżącym wykupem obligacji, czyli z terminową spłatą zadłużenia nie musiałoby dojść do bankructwa państwa – jesteśmy w Unii Europejskiej, która może pomóc jak ostatnio pomagała Grecji, Hiszpanii czy Cyprowi, mamy też elastyczną linię kredytową Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Bardzo daleko nam do Grecji, która ma dług publiczny w wysokości ponad 160% PKB.

 

Zastanówmy się teraz dlaczego dług publiczny może jednak być powodem do niepokoju.

Jesteśmy wciąż krajem na dorobku i mamy dość wysoki dług w porównaniu z innymi postkomunistycznymi krajami naszego regionu. Węgrzy są zadłużeni na aż 79% PKB, ale Słowacy już tylko 52%, a Czesi 46%. Niektóre z innych krajów mają znacznie niższe zadłużenie – np. Rumunia ma ok. 38% PKB. Średnia pensja w Rumunii netto to ok. 1635 zł, podczas gdy w Polsce jest to 2736 zł. Można powiedzieć, że poziom życia w Polsce jest wyższy niż w Rumunii, ale i zadłużenie jest większe. Coś za coś.

 

Kraje, które są stabilne mogą pożyczać taniej i dlatego USA czy Niemcy mają dostęp do bardzo taniego finansownania – płacą 1-2% odsetek od swojego długu, podczas gdy kraje mniej stabilne, nie mają takiej wiarygodności w oczach inwestorów muszą pożyczać znacznie drożej. Między innymi dlatego mają więcej powodów, by unikać pożyczania, co może prowadzić do tego, że mają niskie zadłużenie – dzieje się to jednak często kosztem wolniejszego rozwoju. Dla przykładu, niektóre państwa płacą naprawdę duże odsetki: 9%, jak Grecja czy 12%, jak Brazylia. Są też kraje, które mają małe długi, bo swoje potrzeby rozwojowe pokrywają z zysków ze sprzedaży ropy naftowej czy gazu ziemnego.

 

Druga sprawa, to kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie, które pochłaniają tzw. koszty obsługi długu. Teoretycznie, zamiast płacić za odsetki moglibyśmy wykorzystać te pieniądze inaczej, oczywiście gdybyśmy nie mieli długu publicznego. Kredyt może być dobrym narzędziem przyspieszającym rozwój lub niebezpiecznym zbliżaniem się do bankructwa – zależy to od warunków, na jakich go dostajemy i tego, na co wykorzystujemy pożyczone pieniądze.

 

Sytuacja demograficzna Polski nie napawa optymizmem i dobrze byłoby mieć rezerwę w postaci niskiego długu publicznego, który w późniejszym czasie moglibyśmy zwiększać, by poradzić sobie z kryzysem demograficznym i starzeniem się społeczeństwa.

 

Podsumowując – Polski dług jest dość duży na tle postkomunistycznych krajów naszego regionu, ale nie stwarza na razie żadnego zagrożenia. Potrzebna jest rozważna polityka unikająca nadmiernego zadłużania. Trzeba mądrze wyważyć na ile oszczędności i na ile zadłużenia możemy sobie w danej chwili pozwolić i co będzie optymalne dla kraju.

 

Jeśli nie zdarzy się w najbliższym czasie kolejny głęboki kryzys i władzy nie przejmą jacyś skrajnie nieodpowiedzialni ludzie – nie mamy się co martwić o polski dług publiczny.